Odważni i anonimowi - Co w literaturze piszczy #5

Wróg: negatywna recenzja.
Miejsce przebywania: xxx.blogspot.com
Cel namierzony.
Przystępujemy do ataku.

Niejeden mol książkowy spotkał się w swoim życiu z naprawdę beznadziejną książką. Dobra, nie musi być ona naprawdę beznadziejna, wystarczy że będzie zła, nie przypadnie nam do gustu i wystawimy złą ocenę. O gustach się nie dyskutuje, czyż nie? Jednemu przypadnie do gustu, z kolei drugi uzna ją za stratę czasu i da jedną gwiazdkę na dziesięć. Problem? Jasne, że nie. Każdy preferuje inne książki, nikt nie powiedział, że powieści Greena czy Clare mają się podobać wszystkim.
Przychodzi czas na napisanie recenzji. Innym negatywne opinie piszę się lekko, drugim nieco trudniej, no ale zawsze coś nie coś się wyduka, tak? Każdy umie wyliczyć słabe strony książki i uzasadnić swoje stanowisko. Publikujemy. Recenzja jest na stronie głównej. Wysyłamy do wydawnictwa (jeśli to egzemplarz recenzencki), wydawnictwo akceptuje (lub nie, ale to znaczy że ma kiepską odporność na krytykę) i po kłopocie. Gorzej, kiedy recenzujemy książkę rodaka, a już wyjątkowo kiepsko jest wtedy, kiedy nie jest to pochlebna opinia. Znacie ten problem?

Zdania odnośnie polskiej literatury są podzielone. Osobiście książkę Polaka przeczytam, ale nie jestem fanką twórczości rodaków. Nie zmienia to faktu, że w swoim życiu przeczytałam kilka dobrych, polskich książek. Niestety coraz częściej w blogosferze (i w ogóle
Źródło
w całym Internecie) można spotkać się z wyjątkowo przykrym, denerwującym i nieprzyjemnym zjawiskiem. Najwidoczniej nie wszyscy polscy autorzy potrafią zrozumieć, że ich twórczość nie musi przypaść do gustu każdemu czytelnikowi.
Sytuacja z bloga koleżanki po fachu: Monika (z bloga Na Zimowy i Letni Wieczorek) napisała bardzo dobrą, krótką i treściwą recenzję książki pana Marka Pindrala Chiny od góry do dołu. Książkę otrzymała od APG Studio. W recenzji została zawarta konstruktywna krytyka, nie było to coś w stylu „Łee, odradzam! Nigdy w życiu nie sięgajcie po tę książkę!” tylko najnormalniejsza, porządna recenzja wyrażająca niezadowolenie z przeczytanej lektury i uwzględniająca wszystkie słabe strony książki. No cóż, najwidoczniej książka faktycznie była słaba i trzeba przyjąć to, że tak powiem, na klatę. To, że ktoś wydaje książkę, nie oznacza, że stanie się ona bestsellerem. Od określenia poziomu lektury są recenzenci, którzy swoje zdanie wygłaszają publicznie, na blogu, oraz wszyscy czytelnicy mające własne zdanie.
Przybyły pierwsze komentarze Anonimów. Czytając ich naprawdę żałosną treść i jeszcze żałośniejsze uwagi odnośnie autorki recenzji (najśmieszniejsze było „Szesnastolatka w roli recenzentki - aż bałam się tego czytać i okazało się, że słusznie”, ale znajdziecie tam mnóstwo innych) miałam ochotę wyrzucić laptopa przez okno i jęczeć nad dzisiejszym światem. Nietrudno się domyślić, że byli to a) najbliższe osoby autora, rodzina, przyjaciele, itp., b) wielcy fani 350-stronicowego podróżniczego utworu, c) osoby „zatrudnione” przez autora, mające na celu krytykowanie zdania autorki recenzji i wpajanie wszystkim, że mimo wszystko TA KSIĄŻKA JEST NAPRAWDĘ DOBRA (co chyba trochę pokrywa się z podpunktem a).
Po pierwsze, sytuacja przekomiczna, bo nikt nie jest w stanie wmówić komuś, że książka, która mu się nie podoba, poważnie jest cudownym utworem. Po drugie, cofamy się do przedszkola? Ukrywają się pod nazwą „Anonim” żeby pokazać, jacy są silni, odważni i pewni swojego zdania? Skoro tak jest, to może niech podpiszą się swoim pseudonimem. Warto zobaczyć, czy w Internecie też są tacy „odważni”.
Podobna sytuacja miała też miejsce na moim blogu. W sierpniu 2013 zrecenzowałam powieść Doroty Frączek Życiew Oborze. Książka była całkiem przyjemna, opowiadała o rozwodzie autorki, prowadzeniu restauracji, wszystkich trudach związanych z papierkową robotą i upartymi, wrednymi pracownikami… Ot, taka lekturka na jeden wieczór z paroma cennymi morałami. „Zabawa” rozpoczęła się po opublikowaniu recenzji. Zjechały się pierwsze Anonimy, komentując moją recenzję bez grama kultury, wchodząc z butami w życie autorki, które, notabene, nie interesowało mnie bardziej, poza przedstawionym w książce obrazem. Tyle że w moim przypadku byli to antyfani autorki, a nie obrońcy jej twórczości, chociaż kilku też się tam znalazło.
Komentarze pod recenzjami są po to, aby wyrazić swoje zdanie na temat książki tudzież recenzji i podzielić się z nią z autorem opinii. Na pewno nie służą do ośmieszania autora, ubliżaniu jemu lub pisarzowi bądź do przekonywania, że TA KSIĄŻKA WAM SIĘ SPODOBA.
  Takie sytuacje jedynie pogarszają pozycję polskiej literatury, która raczej nie cieszy się ogromną popularnością wśród czytelników. Nie od dziś wiadomo, że wydana książka niekoniecznie spotka się z zachwytem, popularnością, rozchwytywaniem i ogólnym aplauzem. Podobne zachowanie jest nad wyraz dziecinne, beznadziejne i na dłuższą metę nie ma żadnego sensu, ponieważ czytelnik ma swoje zdanie i kropka. Zastanówmy się, jaki cel mają anonimowi komentatorzy polskich publikacji, którzy są silni tylko i wyłącznie pod słowem „Anonim”, a nie są w stanie po prostu powiedzieć „Dobra recenzja. Mam odmienne zdanie, ale szanuję Twoje”. Żałosnym zagraniem jest zwracanie uwagi na wiek autora recenzji, życiorys autora książki, historię powieści i tym podobne rzeczy.
Ludzie, takie zachowanie sięga dna. Mija się z celem i jest bezsensowne. W ten sposób powstaje mnóstwo wrogów jakiegoś autora. Osobiście mam na pieńku z jedną autorką, która nie potrafiła przyjąć krytyki z postawą przegranego sportowca, tylko powiedziała „Twoja recenzentka chyba nie rozumie, o czym jest moja książka. To powieść PSY-CHO-LO-GI-CZNA” (chyba psychiczna…). O nie, bardzo dobrze zrozumiałam, o czym była książka tamtej pisarki i na pewno nie była to książka „psychologiczna”. Czy to, że mam siedemnaście lat (wtedy szesnaście) oznacza, że nie znam się na książkach psychologicznych, sensacyjnych, kryminalnych czy jakichkolwiek innych? Kpiny jakieś! Tego samego dnia, po usłyszeniu jakże przyjemnej uwagi, mogłam wymienić kilkanaście o niebo lepszych, mądrzejszych i na pewno PSYCHOLOGICZNYCH książek. Różnica między tą sytuacją a dwoma poprzednimi jest taka, że autorka cennej uwagi nie była osobą anonimową.

Polscy autorzy najpierw powinni nauczyć się odporności na konstruktywną krytykę. Rozumiem, że można się wściec kiedy ktoś pisze, że książka była po prostu beznadziejna i tyle – zero argumentów. Co innego, jeśli opinię pisze doświadczony recenzent, który w swoim życiu przeczytał mnóstwo książek. Najlepiej zróbmy podział książek ze względu na wiek, wzrost, kolor włosów, karnację, stan majątkowy… Macie jakieś inne propozycje?
Na koniec tego przydługawego stosu irytacji, wściekłości, bezsilności i zupełnego załamania mogę rzec tylko tyle:
Siła tkwi w krytyce Anonimów!

Ha, ha. 



099. "Wołanie kukułki" Robert Galbraith

Tytuł: Wołanie kukułki
Tytuł oryginału: The cuckoo's calling
Autor: Robert Galbraith 
Seria/cykl: Cormoran Strike tom 1
Data premiery: 4 grudnia 2013
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 452


Młoda gwiazda modelingu Lula Landry ginie po upadku z balkonu. Wszyscy wierzą, że gwiazda popełniła samobójstwo. Choroba, coraz trudniejsze relacje z rodziną i chłopakiem mogły spowodować, że podjęła tę okropną decyzję, ale jej brat nie wierzy w to, że Lula postanowiła ze sobą skończyć. Prosi kolegę jego brata aby zajął się sprawą jej śmierci, która w gazetach już ucichła. Cormoran Strike – były żołnierz, a teraz detektyw – podejmuje się zadania i powoli wnika w świat modelki.

Kiedy tylko zobaczyłam wielką zapowiedź Wołania kukułki (a było to na 17. Targach Książki w Krakowie – uwierzcie, zapowiedź całkowicie porwała moje serce) wzięłam sobie za cel zdobycie tej książki i przeczytanie jej. Piękna okładka, magiczny tytuł i nutka tajemnicy wokół książki były wystarczającą zachętą, nie wspominając już o naprawdę interesującym opisie. W końcu otrzymałam Wołanie kukułki i zaczęłam czytać, tylko w środku książka nie okazała się tak cudowna, jak magia otaczająca zapowiedź.

Chciałabym zacząć od pozytywnych stron Wołania kukułki, ale minusy książki siedzą mi w głowie odkąd skończyłam ją czytać. W czym tkwi problem? Otóż, panie i panowie, pierwsza część przygód Cormorana Strike’a na pewno całkowicie zawładnęłaby moim światem, gdyby nie akcja, a właściwie jej brak. Przez całą książkę (no, z wyjątkiem punktu kulminacyjnego, gdzie coś drgnęło) nic się nie działo. Nie myślcie, że Wołanie kukułki to puste meksykańskie miasteczko smagane wiatrem, o nie. Chodzi o to, że cały proces zdobywania informacji ciągnął się tak niemiłosiernie długo, jak ostatnia lekcja (na przykład matematyka!) w piątek o trzeciej popołudniu. Wszystko wlokło się, toczyło po równym terenie i zastygało w bezruchu co kilka stron. Gdyby nie ten jeden, trochę głupi błąd, Wołanie kukułki byłoby niesamowitą lekturą. Tyle że najpierw trzeba by było tchnąć w akcję dużo życia…
Źródło
Akcja była do tego stopnia nudna, że często w czasie czytania odpływałam myślami – a to myślałam o braku śniegu w górach, później z kolei zastanawiałam się o co chodzi z tym całym ociepleniem klimatu, i tak do punktu kulminacyjnego. Przyjaciółka powiedziała mi, że może nie odnalazłam w tej książce siebie (swoją drogą, ciekawa teoria). Już nawet nie chodzi o odnajdywanie siebie – w tej książce nie odnalazłam ani grama akcji i to jest największy problem. Przy dalszym trwaniu w historii Luli utrzymywał mnie tylko tajemniczy tytuł, no bo dlaczego akurat wołanie kukułki? Długie rozdziały nie poprawiają sytuacji. Sprawiały, że brak akcji wydawał się jeszcze większy, niż rozdział wcześniej.

Pod innymi względami Wołanie kukułki prezentowało naprawdę wysoki poziom. Chociażby bohaterowie – uwielbiam autora (czy, jak wolicie, autorkę, bo wiadomość, że „Robert Galbraith” to tylko pseudonim zna już ogromna część moli książkowych) za stworzenie tak cudownych postaci. Szczególnie mocno polubiłam samego detektywa Strike’a i Robin, jego asystentkę. Byli dwoma zupełnymi przeciwieństwami, które w drużynie – mimo różnic – działają ramię w ramię. On dotknięty swoją osobistą tragedią, trochę zagubiony w życiu, ale silny, z kolei ona zawsze zorganizowana, szczęśliwa i ciekawa życia. Cormoran Strike szczególnie przypadł mi do gustu z powodu jego podejścia do życia. Był indywidualistą, który definicję słowa „życie” ma swoją, a nie taką jak większość ludzi. Właśnie tym autorka zapunktował u mnie - bardzo naturalną kreacją bohaterów. Ani Cormoran, ani Robin, ani inna postać Wołania kukułki nie była idealizowana. Czasami miałam wrażenie, że bohaterowie zostali żywcem wyjęci z normalnego, toczącego się życia i trafili na karty powieści pani Rowling.
Każdy z bohaterów ma też swoją przeszłość. Autorka największy nacisk kładzie na wydarzeniach z życia Cormorana. W bardzo delikatny sposób przybliża nam jego życie przed tragedią. Nie poświęca na to osobnych rozdziałów, fragmentów powieści czy zdań zaznaczonych pochyloną czcionką – po prostu spokojnie, lekko i w odpowiednich momentach, zdanie po zdaniu nakreśla nam jego historię. Im więcej stron za nami, tym więcej wiemy o Cormoranie. Tak jak wspomniałam wcześniej, jest to postać bardzo naturalna i jedna z moich ulubionych w całej powieści.
Skoro powiedziałam już co nie co o lekkim nakreślaniu przeszłości bohaterów, pasowałoby też rozliczyć autorkę za styl i język. Tutaj nie mam żadnych zarzutów. Pani Rowling pokazuje bardzo wysoki poziom, zarówno pod względem stylu, jak i języka. Pisze dojrzale, ale prosto i zrozumiale. Jej świat jest prawdziwą, codzienną rzeczywistością, w której człowiek ma chwile szczęścia, jak i smutku – kolejny dowód na to, że naturalność gra główną rolę w Wołaniu kukułki. Nawet zwykłe remonty na ulicach Londynu i kamieniczki (chociażby ta, w której mieściło się biuro Cormorana) wydawały się takie prawdziwe i wyjęte z najnormalniejszego dnia. Czasami trochę za bardzo skupiała się na długich opisach myśli, co dodatkowo wpływało na spowolnienie akcji. No, dobra, odrobinę częściej niż „czasami”…
Sama historia Luli jest bardzo ciekawa. Podejrzenia padają na prawie wszystkie osoby. Kłamstwa przewijają się między stronami, dociekliwy detektyw nie ma zamiaru poddać się tak łatwo, chociaż kilka razy można było zrezygnować i powiedzieć „Nie dam rady”. Jest to typowa zagadka wymagająca myślenia, wielokrotnego analizowania i pobudzenia wyobraźni. Sam koniec był zaskakujący, ale co ja Wam tam powiem… Macie do wyboru dwie opcje: a) przymrużyć oko na największą wadę Wołania kukułki i sięgnąć po książkę lub b) zrezygnować.


Cóż mogę powiedzieć na sam koniec? To, co powiedzieć chciałam, zamieściłam w końcu powyższego akapitu. Nie zniechęcam Was do lektury, bo Wołanie kukułki na to nie zasługuje, ale ta jedna, największa wada skutecznie obniżyła ostateczną ocenę. Pomijając minus, cała książka jest bardzo dobra. Bohaterowie, miejsce akcji, styl, język i sama historia modelki są dopieszczone, dopracowane i widać, że autorka poświęciła im sporo czasu. Teraz Wasza kolej!

6/10

Za możliwość przeczytania Wołania kukułki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!



Seria Cormoran Strike
Wołanie kukułki | Jedwabnik






098. "Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć" Costanza Miriano

Tytuł: Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć
Tytuł oryginału: Sposala e muori per lei. Uomini veri per donne senza paura
Autor: Costaza Miriano
Seria/cykl: --
Data premiery: 24 października 2013
Wydawnictwo: Esprit 
Liczba stron: 232

Costanza Miriano powraca do swoich czytelników z kolejnym dziełem. Tym razem opowiada o roli mężczyzn w rodzinie, ich obowiązkach, zachowaniu względem żony oraz dzieci i odpowiada na pytania, które często zaprzątają naszą głowę – tak jak to było w Wyjdź za mąż i poddaj się, tylko teraz o panach. A więc… jak to z nimi jest?

Temat poruszany przez autorkę – czyli rodzina, małżeństwo, obowiązki małżonków – spotyka się z najróżniejszymi reakcjami. Najczęstszą odezwą społeczeństwa jest pretensjonalne „Ooo rany, naprawdę? Tylko nie to!”. Prawda jest taka, że lektury podobne do Wyjdź za mąż i poddaj się oraz Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć są najlepszym zbiorem odpowiedzi i przykładów dla młodej rodziny jak żyć, co cenić i czym się kierować. Niestety w naszych czasach modne jest życie niezależne, wolne i nikt nikomu nie może nakazywać wyjść za mąż lub ożenienia się. Ludzie wolą agresywnie reagować na takie pozycje, gdyż twierdzą, że w ten sposób narzuca im się ich przyszłość. Oczywiście to nieprawda. W obu książkach autorka nic nie narzuca, a jedynie pokazuje korzyści płynące z zawarcia związku małżeńskiego i założenia rodziny.
Miło było znów spotkać się z żartobliwym tonem autorki i dużą dawką humoru. Pani Costanza swoją książkę utrzymuje na wysokim poziomie, z wesołą nutą i czasami lekko sarkastycznymi odzywkami. Ponad to jej przyjemny, dobrze wyćwiczony styl oraz prosty, lekki język sprawiają, że Poślub ją… czyta się naprawdę szybko. Czasami żałowałam, że strony tak szybko się zmieniają. Humor, tempo, ton i styl tworzą bardzo dobrą całość, która wiedzie czytelnika do początku aż do samego końca.
Jeżeli powodem, dla którego nie sięgniecie po Poślub ją… jest tematyka i tytuł (jak to było w przypadku Wyjdź za mąż i poddaj się), to chcę powiedzieć, że jesteście w dużym błędzie. Autorka nie mówi o całkowitym poświęceniu życia, zdrowia i wypruwania sobie żył (chociaż… kto wie? To zależy od sytuacji, ale mówimy tutaj o sytuacjach w rodzinie, a nie w czasie zagrożenia życia), lecz o kochaniu, troszczeniu się, ochronie i utrzymywaniu rodziny. Costanza Miriano zaznacza, aby mężczyzna był prawą ręką kobiety, a jednocześnie głową całego domu. Ona jest fundamentem, on przywódcą.  Nie ma lepszego połączenia jak kobieta i mężczyzna, którzy działają ręka w rękę, wychowując dzieci, dbając o siebie nawzajem i kochając się.
Jedynym, dosyć sporym minusem Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć jest nakreślanie mężczyzn jako osoby niechlujne, nieogarniające rzeczywistości, niezainteresowane życiem itp. Przecież na świecie jest mnóstwo młodych mężczyzn, którzy odstają od stereotypu prawdziwego faceta – a to, że odstają, nie oznacza, że nie są prawdziwymi facetami. To zależy od samego mężczyzny, od tego jak został wychowany, co się dla niego liczy, co ceni, na co zwraca uwagę… To tak jakby mówić o kobiecie, że tylko jęczy, zrzędzi, maluje się, spędza mnóstwo czasu nad kosmetykami i plotkuje. Każda płeć ma wpisane w naturę pewne zachowania, ale nie u wszystkich je widać i nie odgrywają dużej roli w ich życiu. Można trafić na potwornego niechluja, ale można spotkać i zakochać się w kimś, kto zbiera wszystkie okruszki z blatu. Tak samo można natrafić na wyjątkowo zrzędliwą, wypudrowaną kobietę, ale też na skromną i cichą. To zachowanie autorki sprawiło, że książka straciła dużo na swojej wartości. Jest bardzo mądra i pouczająca, ale prezentuje wyłącznie stereotypy, a ja wiadomo zawsze znajdą się jakieś wyjątki.


Czy polecam? Jak najbardziej. Może nie jest do końca tak dobra jak Wyjdź za mąż i poddaj się, ale z pewnością warta uwagi. Panie będą mogły sprawdzić, czy z takim mężczyzną mogłyby ułożyć sobie życie, a panowie zobaczą, czy mają wszystkie cechy najlepszego przyjaciela i męża kobiety. Takie pozycje powinny być doceniane!

6/10

Za możliwość przeżycia kolejnej zabawnej przygody z twórczością Costanzy Miriano serdecznie dziękuję Portalowi Sztukater.pl!


097. "Krucjata" Philippa Gregory

Tytuł: Krucjata
Tytuł oryginału: Stormbringers
Autor: Philippa Gregory
Seria/cykl: Zakon Ciemności tom II
Data premiery: 5 lutego 2014
Wydawnictwo: Egmont 
Liczba stron: 304


Podróż młodego inkwizytora, jego sługi, skryby i dwóch młodych dam trwa nadal. Luca wciąż dostaje nowe zadania od mistrza. Badanie nadciągającego końca świata oraz przyglądanie się sygnałom jest naprawdę niebezpiecznie, zwłaszcza wtedy, gdy oznaki apokalipsy widać najmocniej i w dodatku można je poczuć na własnej skórze. Do niewielkiego miasteczka na wybrzeżu Włoch wkracza dziecięca krucjata. Zaraz po ich przybyciu świat drży w posadach, a nad miasteczkiem formuje się wielka fala strachu.

Pierwszą część Zakonu Ciemności wspominam miło, aczkolwiek pamiętam o pewnych rzeczach, które zdecydowały o ocenie Odmieńca. Byłam ciekawa, jak Philippa Gregory po raz drugi poradzi sobie z młodzieżowym fantasy. Gdzieś tam w zakątkach duszy miałam nadzieję, że Krucjata wypadnie lepiej od pierwszego tomu – w końcu Philippa Gregory postanowiła osadzić akcję w moich ulubionych czasach i tym już na starcie zarobiła u mnie pierwsze punkty. Ale jak było naprawdę?

Ludzie boją się tego, czego nie rozumieją.

Szczerze powiedziawszy początek obiecywał całkiem sporo. Zaczęło się przyjemnie, ciekawie, wciągająco… Ale im dalej w las tym ciemniej. Zawsze powtarzam, że lubię ten stan, kiedy ponownie wkraczam do jakiegoś świata i znam bohaterów, ich charaktery, miejsce
Źródło
akcji… Po prostu czuję się jak w domu – swobodnie i pewnie. Niestety w przypadku Krucjaty tak nie było. Po przybyciu Luki, Izoldy, Iszrak, Freize’a i Piotra do Piccolo miałam wrażenie, że pani Gregory wszystko to wymyślała na siłę. Ta cała dziecięca krucjata była dla mnie mało realna. W ogóle w całej powieści zabrakło mi jakiegoś płomyczka życia; wszystko dookoła było trochę sztuczne, naciągane, bez żadnych kolorów i sensu. Autorka zrobiła mnóstwo zamieszania wokół rzeczy, które później i tak nie odegrały żadnej roli w całokształcie, a jeśli już faktycznie na coś podziałały, to w znikomym stopniu. Sztuczny tłum w książce to coś, co często można spotkać w młodzieżowych powieściach i tak właśnie było w Krucjacie. Często myślałam, że ciekawie wygląda sytuacja bohaterów, ale natychmiast autorka naciskała na ikonkę z koszem na śmieci i wyrzucała to, co mogłoby stworzyć naprawdę interesującą fabułę. Po co? Żeby tylko skupić się na głównych bohaterach, ich filozofowaniu, podejmowaniu decyzji i wymyślaniu im kolejnych zadań.
Ponad to pani Gregory chyba nie lubi punktów kulminacyjny pełnych akcji. Całą akcję przeniosła na początek Krucjaty i do środka powieści. Działo się wtedy dużo różnych rzeczy, które faktycznie mnie wciągnęły, ale co z tego wynikło? Nic, ponieważ – tak jak wspomniałam wcześniej – autorka kliknęła na swoją ulubioną ikonkę i cała akcja poszła na marne. Dramatycznie przeżycia bohaterów z chwil zagrożenia życia nie zostawiły żadnego śladu w całej ich późniejszej historii. Takie przedwczesne wyczerpanie wszystkich zasobów akcji sprawiło, że kolejne rozdziały (aż do samego końca) nie obfitowały w nic, co mogłoby przyciągnąć uwagę i wzbudzić zainteresowanie. Pewnie wyobrażacie sobie punkt kulminacyjny. W mojej głowie wygląda jak puste, oblane słońcem miasteczko na Dzikim Zachodzie, po którego ulicach przetacza się zbita w kulę sucha trawa.
Aby dolać oliwy do ognia wspomnę co nie co o bohaterach i ich sercowych rozterkach, które są zapowiedziane w opisie. W trzech słowach: pomieszanie z poplątaniem! O ile w Odmieńcu byłam pewna kto komu wpadł w oko, tak w Krucjacie pogubiłam się między dziewczętami oraz chłopcami i niejednokrotnie zastanawiałam się, co to w ogóle ma być. Autorka sama komplikuje sobie sprawę. Wszystko było w porządku, dopóki nie skończył się Odmieniec. Tutaj sercowe sprawy nagle zaczynają gonić w najróżniejsze strony. Izolda zachowywała się jak prawdziwa hipokrytka z zadartym do góry nosem, Luca nic nie zyskał ani nie stracił w moich oczach, Freize na szczęście pozostał tym samym Freize’em z Odmieńca, ale już Iszrak bardzo mnie zawiodła. Ceniłam ją za inteligencję, charakterek i upór, lecz w Krucjacie to ona odgrywała największą rolę w miłosnych potyczkach. Denerwowało mnie to, że wściubiała nos w nie swoje sprawy. Tamta Iszrak nie zachowywała się w ten sposób.
Same zadania młodego inkwizytora również nie mają żadnego sensu. Moim zdaniem były one niedokończone, wymyślane na poczekaniu, a wzięte razem nie mają żadnego powiązania między sobą (oprócz nakreślonego celu, czyli zbadania końca świata). W dodatku pani Gregory nie dostarcza żadnych nowszych, świeższych informacji o życiu w średniowieczu. Skoro głównie skupia się na powieściach historycznych, oczekiwałam, że tło historyczne wypadnie o wiele lepiej. Tymczasem nic szczególnego się nie dowiedziałam – same podstawowe informacje.
Ostatnim minusem Krucjaty będzie wyżej napomknięto brak jakichkolwiek emocji i życia w bohaterach. Wydawali się oni tacy papierowi, zupełnie bez „tego czegoś”, autorka w ogóle nie pomyślała, aby wykreować mocniej ich charaktery… Szkoda. Pomysł na książkę jest ciekawy, ale realizacja niestety wypadła bardzo kiepsko.  

Nigdy nie mówimy ludziom, że ich kochamy, bo głupio nam się wydaje, że będą z nami na zawsze. Wszyscy zachowujemy się, jakbyśmy mieli żyć wiecznie, a powinniśmy zachowywać się, jakbyśmy mieli umrzeć nazajutrz. Powinniśmy mówić sobie najpiękniejsze rzeczy.

Nie mogę być taka surowa. Krucjata ma plusy, ale niestety nie zdecydują one o ocenie
drugiej części, ponieważ w porównaniu do Odmieńca i tak wypadła gorzej. Przede wszystkim autorka pisze całkiem przyjemnie jak na język młodzieżowy. Często jednak (zwłaszcza w „głębokich” przemówieniach Johanna, przywódcy dziecięcej krucjaty) w długich dialogach niepotrzebnie używała powtórzeń, chcąc nadać wypowiedzi wyniosłego tonu. Zwykle wtedy traciłam wątek i gubiłam się w treści. Ponad to autorka nie używa zbyt kwiecistego języka. Stawia raczej na proste, łatwe w odbiorze zdania. Nie zmienia to faktu, że Krucjatę czyta się bardzo szybko. Pod tym względem Philippa Gregory spisała się całkiem dobrze.
Byłabym straszną zołzą, gdybym nie pochwaliła wydawnictwo za piękną okładkę. Trzeba przyznać, że przyłożyło dużą wagę do estetyki, i mnie może umknąć to uwadze! Polskie okładki Zakonu Ciemności są wyjątkowo piękne. Oddają klimat powieści.

To cienie na ścianie. Jak gdyby dziecko bawiło się, tworząc je za pomocą świecy. Prawdziwy świat to świeca, nie cień. Ale dziecko patrzy tylko na cień.


Podsumowując to i owo: moim zdaniem było gorzej. Jak dla mnie Odmieniec był lepszy niż Krucjata, ale nie mogę tracić nadziei na to, że trzecia część zaprezentuje się lepiej. Nie jest źle, lecz nic nie stoi pani Gregory na przeszkodzie, aby było lepiej. Póki co zarówno Odmieńca jak i Krucjatę mogę polecić młodszym czytelnikom w przedziale wiekowym 12-15 lat. Dla czytelnika, który w swoim książkowym dorobku ma więcej, trochę lepszych pozycji, Zakon Ciemności może wypaść bardzo słabo.


4/10

Za możliwość poznania dalszych losów Luki, Izoldy, Freize'a, Iszrak i Piotra serdecznie dziękuję Młodzieżowemu Klubowi Recenzenta!



Zakon Ciemności:
Odmieniec | Krucjata | ?