079. "Wilcza księżniczka" Cathryn Constable

Tytuł: Wilcza księżniczka
Tytuł oryginału: The Wolf Princess
Autor: Cathryn Constable 
Seria/cykl: --
Data premiery: 11 października 2013
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 272

 


Sophie jest niepozorną uczennicą angielskiej szkoły. Pozbawiona rodzicielskiego ciepła, marzy o cudownych, niesamowitych przygodach, wyprawie do pięknej Rosji i o byciu kimś wyjątkowym, niż szarą Sophie Smith.
Zwykłym zrządzeniem losu ona i jej dwie przyjaciółki – Delfina oraz Marianna – wyjeżdżają na szkolną wycieczkę do wyśnionej przez Sophie dalekiej, skutej lodem, magicznej Rosji. Pomyłka, zły pociąg i nieoczekiwany zwrot w ich podróży sprawiają, że dziewczęta pozostają zdane wyłącznie na siebie. Z opresji ratuje ich pomocna dłoń zagadkowej księżniczki Anny Wołkońskiej, która zabiera je do swego pałacu. Oczarowane dziewczęta dają się uwieść jej opowieściom o tragicznej historii rodu Wołkońskich, ukrytych brylantach i przeszłości rodu.
Kiedy zapada noc, pod pałac zakradają się białe jak śnieg wilki. Księżniczka coraz bardziej zaczyna interesować się Sophie oraz zaginionymi brylantami. Dopiero wtedy dziewczęta zaczynają się bać.

Wilki to dość powszechny temat w literaturze współczesnej. Z pewnością wielu z Was miało w dłoniach chociaż jedną powieść, której motywem przewodnim były właśnie wilki. Ale co wyjdzie z połączenia wilków i Rosji? Zaraz po ujrzeniu zapowiedzi Wilczej księżniczki wiedziałam, że muszę prędzej czy później przeczytać tę powieść. Raz, że uwielbiam wilki, a dwa, że kocham Rosję w literaturze. Przyznajcie sami, że chociaż od razu pachnie kolejną paranormalną opowiastką, jakich pełno na rynku wydawniczym, to sam opis jest ciekawy i przyciąga. Kiedy tylko Wilcza księżniczka wpadła w moje ręce, postanowiłam jak najszybciej przenieść się do świata Sophie. I wiecie co? Pomimo tego, że dzieło pani Constable ma kilka minusów, przygodę trzech przyjaciółek zapamiętam na bardzo długo.

Historia Sophie, Delfiny i Marianny zaczyna się w angielskiej szkole dla dziewcząt. Przyjaciółki właśnie dowiedziały się, że wyjeżdżają na szkolną wycieczkę do Rosji. Marzenie Sophie spełnia się, chociaż nigdy nie wierzyła w to, że otrzyma taką szansę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to postawa dziewcząt. Zachowywały się trochę zbyt dojrzale. Delfina martwiła się o swój wygląd i ciuchy, Marianna była chodzącą encyklopedią, a Sophie zwyczajną, szarą myszką. Nie wydaje mi się, że dziewczęta w wieku trzynastu lat tak bardzo przejmują się swoją garderobą (ale, z drugiej strony, sama nie pamiętam, jak zachowywały
Źrodło
się moje koleżanki, kiedy miały trzynaście lat) i że wiedzą tak dużo jak Marianna. Autorka również postanowiła nie wysilać się przy kreacji bohaterek i skorzystała z szablonu, wobec czego zachowanie dziewcząt było bardzo przewidywalne i czasami bardzo… głupie.
Poprzez trzecioosobową narrację z punktu widzenia Sophie pani Constable starała się stworzyć bajkowy klimat i w związku z tym robiła nacisk na emocje głównej bohaterki. Zabieg ten spalił na panewce, ponieważ zamiast emocji, które miały zadziałać na czytelnika, wyszły z tego nieco przesłodzone, baśniowe opisy niesamowitej jazdy wozokiem lub odkrywania tajemnic Pałacu Zimowego. Oczywiście formalnie nie jest to minus, ale dla mnie było to trochę tanie i kiczowate. Bajkowość powieści lepiej zrozumieją młodsi czytelnicy, mniej więcej w przedziale wiekowym 10 – 13 lat i myślę, że to właśnie do nich kierowana jest historia Sophie. Niektórym ten element może przypaść do gustu, ale mnie – trochę starszej czytelniczce – wydał się odrobinę dziecinny.
Kolejnym małym minusem Wilczej księżniczki są tytuły rozdziałów, których równie dobrze mogłoby nie być, zważywszy na to, że ani nie przyciągają, ani nie są ważne dla treści. Ogólnie rzecz biorąc, ta powieść jest napisana bardzo prosto i schematycznie. Od samego początku widać, kto jest zły, a kto dobry i nie trzeba długo nad tym myśleć. Jak mówiłam wcześniej, Wilcza księżniczka skierowana jest do młodszych czytelników i dla nich taki rozwój wydarzeń będzie czymś ekscytującym, lecz kogoś, kto ma za sobą kilka podobnych pozycji, nie będzie niczym nowym. Pozwoliłam więc sobie wyłączyć opcję „Potępiam schemat” i z przyjemnością skupiłam się na przygodach Sophie. Przyznam szczerze, że czasami miło jest przeczytać coś prostego, nieskomplikowanego i lekkiego.   

Oczywiście są i pozytywne strony Wilczej księżniczki. Bajkowość, oceniona przeze mnie za kiczowatą na początku książki, świetnie prezentuje się w mocnym punkcie kulminacyjnym, który zrobił na mnie duże wrażenie. Dopiero na końcu, kiedy wszystkie elementy zostają połączone i dobro wygrywa, a zło przegrywa, baśniowość dodaje klimatu powieści – takiego prawdziwego. Sam punkt kulminacyjny, jak wspomniałam wcześniej, był zaskakująco dobry. Akcja gnała do przodu, działy się niesamowite rzeczy, a i niektórzy bohaterowie zachowali się nad wyraz dzielnie i odważnie. To bardzo mi się spodobało. Lubię mocne zakończenia z wyraźnym punktem kulminacyjnym, a pani Constable świetnie się to udało (może po części dlatego, że jest to przewidziane w schemacie).
Styl i język autorki jest dostosowany do młodych czytelników. Czyta się naprawdę bardzo szybko, wręcz błyskawicznie, i bez żadnych problemów. Właściwie kwestią kilku godzin jest przeczytanie Wilczej księżniczki bez większych odstępów.
Oprócz samej przygody Sophie równie ciekawa jest także historia prawdziwej wilczej księżniczki, która bardzo mnie wzruszyła. Tło w postaci zaśnieżonej Rosji idealnie spełniło swoją rolę. Ogólnie rzecz biorąc z miejsca akcji jestem zadowolona. Dwoma najgorszymi minusami Wilczej księżniczki są bohaterowie oraz niepotrzebny i trochę sztuczny nacisk na emocje. Mniejszymi plusami są bajkowość na końcu powieści, punkt kulminacyjny i styl pani Constable.

Wilcza księżniczka nie jest ambitną lekturą, ale może umilić niejeden leniwy wieczór. Jest to ciekawa przygoda niosąca ze sobą wiele morałów i nauk. Urzekła mnie Rosja oraz Pałac Zimowy, ale całość zepsuło kilka rzeczy. Pomimo tego Wilcza księżniczka stała się dla mnie przyjemną odskocznią od rzeczywistości i pozwoliła na chwilę przenieść się do magicznego pałacu w lesie. Czy polecam? Jak najbardziej, ale nie jestem pewna, czy wszystkim przypadnie do gustu. Na zakończenie powiem Wam, że mimo wszystko warto raz na czas oderwać się od świata i zniknąć w innym, trochę mniej skomplikowanym i schematycznym.

7/10

Za możliwość poznania historii Sophie serdecznie dziękuję wydawnictwu Bukowy Las
http://bukowylas.pl/
 






 

078. "Zapiski niekontrolowane, czyli z pamiętnika pana FREDZIA" Bożena W. Klekowska

Tytuł: Zapiski niekontrolowane, czyli z pamiętnika pana FREDZIA
Tytuł oryginału: --
Autor: Bożena W. Klekowska
Seria/cykl: --
Data premiery: 2013
Wydawnictwo: WFW
Liczba stron: 162

 

Każdy z nas słyszał opowiadania rodziców lub dziadków o PRL-u, a może część z Was pamięta je osobiście; jedzenie na kartki, wszechobecna milicja, znane przez wszystkich kolejki, zasada „kto pierwszy ten lepszy”… Jest to również czas krętaczy i spryciarzy, którzy oszukiwali ludzi, wykorzystując ich łatwowierność.
Pan Fredzio stał w niejednej kolejce. Spotkał mnóstwo ludzi, zamienił z nimi setki słów, nawiązał kilkanaście znajomości i… nie może narzekać na nudę. Z jego pamiętnika dowiadujemy się jak wygląda jego życie rodzinne, co jego zdaniem jest najważniejsze w życiu oraz co ciekawego zdobył w kolejnym kolejkowym maratonie.

O PRL mogę słuchać bez końca. Uwielbiam opowieści rodziców i dziadków, którzy niejedno przeżyli i – w przeciwieństwie do mnie – cenią dzisiejsze czasy za wolność, która w czasach PRL była ograniczona. Nic więc dziwnego, że po Zapiski niekontrolowane… sięgnęłam bez najmniejszego wahania. Nadszedł czas, aby posłuchać opowieści o PRL pana Fredzia, czyli weterana kolejek.
Pan Fredzio wstaje skoro świt, aby ustawić się w kolejce. Dzień zaczyna się podobnie: pobudka, szybkie śniadanie, kolejka, obiad, kolejka, dom, obowiązki. W swoim pamiętniku dzieli się z czytelnikami nie tylko wrażeniami z przeżytego dnia, ale również opisuje swoją kolorową rodzinę, trudy codziennego życia, ale… nigdy nie narzeka. Główny bohater przez cały czas wydawał mi się chodzącą pozytywnością. Oczywiście ta pozytywność nie świeciła zawsze z takim samym natężeniem, ale nigdy nie gasła, i to jest niesamowite w tej postaci. Pięćdziesięcioletni mąż, ojciec, dziadek zawsze dba o swoich bliskich i zaspokaja wszystkie ich potrzeby właśnie przez stanie w kolejkach i zdobywanie trudno i łatwo dostępnych rzeczy, takich jak radio, meble, ale też artykuły spożywcze.
Ukazane przez Panią Bożenę PRL-owskie życie znam dobrze z opowiadań rodziców. Czytając Zapiski niekontrolowane łatwiej było mi wyobrazić sobie przygody pana Fredzia. Muszę zaznaczyć, że w wielu wypadkach były one czasami tak śmieszne i absurdalne, że trudno było mi czytać tę książkę bez uśmiechu na twarzy. Autorka nie zagłębia się w kwestie polityki, robiąc nacisk na zabawne, pełne miłości i ciepła życie głównego bohatera.

Powieść czyta się… trochę topornie. Przez wiele stron nie mogłam przyzwyczaić się do języka, jakim posługiwał się główny bohater. Pani Klekowska starała się nadać panu Fredziowi odrobinę charakterku poprzez jego mowę i stwierdzam, że udało się jej, ale mimo wszystko… nie czytało mi się dobrze. Gdybym miała prowadzić rozmowę z takim człowiekiem, mogłabym się bez trudu dogadać, ale kiedy miałam przed oczami zdania z często poprzestawianymi elementami budowy, to zupełnie zmieniało odbiór treści. Nie uważam tego za minus – absolutnie! – bo minusem to nie jest, lecz mnie osobiście utrudniało trochę czytanie. Jest pozytywna strona tego zabiegu. Jak wcześniej wspominałam, nadaje głównemu bohaterowi odpowiedniego charakteru, dzięki czemu czytamy zapiski osoby, która w swoim życiu trochę przeżyła, i łatwo to – właśnie poprzez język – zauważyć.
W książce Pani Klekowska ukazuje również ludzką naiwność, przez którą pan Fredzio parę razy cierpiał. Moim zdaniem jest to jeden z elementów powieści dobrze ukazujący ludzką postawę w tamtych czasach. Ludzie często  marzyli o czymś, co było niedostępne i czego nie mogli osiągnąć, a kiedy ktoś zjawiał się i mówił „Ja to mam!” zbyt szybko mu ufali i co rusz byli okłamywani.

Podsumowując:
Dla starszych czytelników Zapiski niekontrolowane… mogą stanowić miłą wycieczkę w przeszłość, do PRL-owskiej rzeczywistości, gdzie życie było pełne trudów, ale miało również kilka pozytywnych stron. Niektórzy z sentymentem wspominają tamte czasy. Za to dla młodych czytelników przygody pana Fredzia będą świetną lekcją historii i może dzięki tej lekturze Pani Bożeny docenią dzisiejsze czasy, które – chociaż też po części trudne – wcale nie są takie złe. 

6/10

Za możliwość poznania przygód pana Fredzia serdecznie dziękuję Portalowi Sztukater.pl 
http://sztukater.pl/
 

077. "Długa zima w N." Alina Krzywiec

Tytuł: Długa zima w N.
Tytuł oryginału: --
Autor: Alina Krzywiec
Seria/cykl: Leniwa Niedziela
Data premiery: 9 października 2013
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 208



Maria B. jest piękną kobietą o cudownej urodzie i idealnej figurze, matką czteroletniej Julki, żoną, która ciągle wpędza w poczucie winy swojego męża Miśka, siostrą, ukochaną córeczką i… doskonałą kochanką. W sieci – na portalach randkowych – ma pięć różnych wcieleń, które bardzo często prowadzą do szybkiego seksu w realnym świecie. Przeprowadzka z głośnej Warszawy nie zmienia ani planów, ani osobowości Marii. Kobieta bez wyrzutów sumienia oddaje się innym mężczyznom.
Mariusza K. mieszkańcy N. znają jako aniołka. Jego niepospolita uroda i złote, kręcone włosy sprawiają, że przypomina amorka. Jednak ten dwudziestosześcioletni mężczyzna wcale nie jest aniołem. Co tydzień losowo wybiera i otwiera pięć różnych kopert, następnie czyta je i chowa do swojego archiwum. Kiedy do miasteczka wprowadza się Maria, Mariusz wie, że jest to kobieta na którą czekał całe swoje życie: piękna, bogata, z władzą w rękach. Chce zobaczyć w jej oczach strach i powoli ku temu zmierza.

Długa zima w N. to pozycja, obok której nie da się przejść obojętnie, chociażby już ze względu na sam tytuł. Czy kojarzy Wam się ze strasznymi przeżyciami? Dlaczego długa zima? Te pytania zaszczepiły we mnie ciekawość i sprawiły, że sięgnęłam po książkę Pani Krzywiec.
Na samym początku autorka postanowiła pokazać prawdziwą twarz głównej bohaterki. Poznajemy też jej kochanka i pomysły Marii jak go przy sobie zatrzymać. Już po opisie można przeczuć, że książka będzie „wzbogacona” o sceny łóżkowe. Na szczęście na pierwszych stronach autorka darowała sobie rozwijanie opisów tychże scen. Później momenty seksu również nie będą przesadnie opisywane – i bardzo dobrze. Powieść Pani Krzywiec skupia się głównie na szaleńczej miłości Mariusza do Marii i jego obsesji na jej punkcie, więc seks ma być elementem drugoplanowym. Tak też było. Pani Krzywiec nie popełniła tego błędu i relacje z kochankiem Marii nie zostały wystawione na pierwszy plan. Przyznam szczerze, że bałam się, iż Długa zima w N. będzie kolejnym poradnikiem „Jak uprawiać seks”, ale tak się nie stało, i w tym miejscu stawiam dużego plusa. Erotyzm w książce jest, ale przyćmiony ważniejszym wątkiem.
Bohaterowie. W tej kwestii mam bardzo podzielone zdanie. U jednych charakter jest bardzo dobrze wykreowany, lecz z kolei u innych… no właśnie. Na przykład taki Mariusz. Dowiedziałam się, że nienawidził psów i bez skrupułów podawał im truciznę w karmie – jego nienawiść dobrze widać, ale już zauroczenie Marią sprawiło, że… pogubiłam się. Nie zauważyłam w jego postaci żadnych cech charakteru, które mogłyby być charakterystyczne tylko i wyłącznie dla niego. Z kolei Maria… Tak, ona jest specyficzną osobą. Często swoją władczą postawą doprowadzała mnie do szewskiej pasji, ale nie oceniam tego jako minus Długiej zimy w N., ponieważ ta kobieta po prostu miała taki charakter, a jak wiadomo – trudno kogoś zmienić. Pani Krzywiec bardzo dobrze wykreowała tę bohaterkę. Jej mąż Misiek również zasługuje na chwilę uwagi. Spodobało mi się w jego postaci to, że cały czas bił od niego spokój, opanowanie, miłość do córeczki, szacunek dla żony… Nie pomyślcie, że Misiek jest stałą, nudną osobą. On, tak samo jak i inni bohaterowie, bardzo się zmienia i na końcu historii jest już zupełnie innym Miśkiem – konsekwentnym, władczym, ale wciąż kochającym i opanowanym.

Tytułowa miejscowość – N. – przypominała prawdziwe, polskie, małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają i gdzie wiadomość roznoszą się z prędkością światła. Plotki, historyjki, słowa przekształcone w zupełne przeciwieństwo to rzeczywistość N. Ludzie chcą sensacji, a kiedy takich nie ma w ich mieścinie, produkują je sami.
Wokół całości roztacza się nutka tajemniczości. Nie wiemy jaką dokładnie nazwę nosi miasteczko, w którym toczy się akcja, jak ma na nazwisko główna bohaterka, listonosz, jej siostra, ale ten zabieg wydał mi się trochę… niepotrzebny. W powieści przewija się kilka nazwisk, kilka miejscowości, a ta tajemniczość, którą zostały otoczone najważniejsze postaci, mogła w ogóle nie pojawiać się w książce.
Język powieści i styl Pani Krzywiec są bez zarzutów. Krótkie zdania wywołują poruszenie na kartach historii Marii, co z kolei sprawia, że czytelnikowi wydaje się, iż coś ważnego za chwilę się stanie. Tak też  w wielu przypadkach było. Nieoczekiwane zwroty akcji lub sytuacje, które zapędziły bohatera w kozi róg dodają atrakcyjności powieści.
Największym zawodem dla mnie był punkt kulminacyjny. Chodzi konkretnie o losy jednej postaci. Gwałtowna zmiana Marii bardzo mnie zaskoczyła i przyznam szczerze, że w ogóle nie spodziewałam się, iż ta kobieta będzie zdolna do czegoś takiego, ale reszta… Myślałam, że Długa zima w N. zakończy się spektakularnie. W końcu pozostał jeszcze Mariusz i jego problem obsesyjnej miłości do Marii. Cóż, punkt kulminacyjny i koniec wypadły najsłabiej.

Podsumowując:
Jak głosi tytuł serii, powieść Pani Aliny Krzywiec idealnie nadaje się na długie, leniwe niedziele. Jest to świetna powieść na jeden wieczór, mała odskocznia od codzienności, przy której można miło spędzić czas. Czy polecam? Oczywiście, tylko nie jestem pewna, czy spodoba się każdemu z Was.

6/10

Za możliwość poznania historii Marii dziękuję Młodzieżowemu Klubowi Recenzenta
http://recenzje-mlodziezowe.blogspot.com/
 


 

076. "Pisane szkarłatem" Anne Bishop

Tytuł: Pisane szkarłatem
Tytuł oryginału: Written in red
Autor: Anne Bishop
Seria/cykl: Inni tom 1
Data premiery: 25 września 2013
Wydawnictwo: Initium
Liczba stron: 560



Meg Corbyn jest jasnowidzącą szczególnego rodzaju – kiedy przetnie skórę widzi przyszłość. Odkąd pamięta była pod władzą Kontrolera, człowieka, który zbierał pieniądze za jej przepowiednie i decydował o jej życiu. Ona nie chce być czyjąś własnością, dlatego ucieka i trafia na Dziedziniec w Lakeside, miejsce zamieszkiwane przez Innych.
Simon Wilcza Straż o ludziach ma jasne zdanie – chodzące mięso. Jako przywódca Dziedzińca ma wszystko pod kontrolą. Nagle w życiu mieszkańców Lakeside pojawia się Meg – zziębnięta, wystraszona, przemoczona – którą Simon niechętnie zatrudnia na stanowisko łącznika z ludźmi. Czuje jednak, że Meg nie jest zwykłym człowiekiem, ale nie wie dlaczego i właśnie ta niewiedza sprawia, że Simon odnosi się do niej bez grama szacunku.
Kiedy prawda o pochodzeniu Meg wychodzi na jaw, Simon będzie musiał podjąć decyzję: czy z jej powodu warto rozpętać wojnę między ludźmi a Innymi?

W swojej krótkiej czytelniczej karierze miałam okazję spotkać się z twórczością Anne Bishop, która bardzo przypadła mi do gustu i sprawiała, że przez wiele dni po zakończeniu przygody z jej książkami wciąż żyłam historiami bohaterów. Widząc zapowiedź Pisane szkarłatem, nowej serii autorki, z mojej głowie zaświeciła się czerwona lampka z napisem
Źródło
„Wyższa konieczność nabycia”. Tak też się stało. Czy czujecie czasami dziwne przyciąganie do książki? Czy macie przeczucie, że ta książka na pewno podbije Wasze serca? W ten sposób myślałam o historii Meg, która od samego początku zapowiadała się ciekawie. Ciekawie? Hm… za mało powiedziane. Pomijając kwestię szukania synonimów, nim przejdę do recenzji, aby zaostrzyć Wasz apetyt na Pisane szkarłatem powiem tak: nie macie tej książki u siebie? Naprawdę? No to na co czekacie?

O kreacji bohaterów nie muszę mówić wiele. Była po prostu świetna! Uwielbiam kiedy w książce jest wiele postaci, a Anne Bishop wcale nie ograniczała się do małej grupki. W Pisane szkarłatem można spotkać naprawdę wielu, cudownych, oryginalnych bohaterów z najróżniejszymi osobowościami – od władczego, pewnego siebie Simona Wilczą Straż i niebezpiecznej, groźnej Tess, poprzez nieśmiałą, zagubioną Meg aż do zabawnego, pokręconego Jake’a. Wachlarz postaci jest ogromny. Nie będę wymieniać wszystkich, bo zajmie to zbyt wiele czasu, ale… pokochałam wszystkich (nawet Azję Crane!). Im więcej bohaterów, tym ciekawsza jest książka, a zasada ta idealnie sprawdziła się w Pisane szkarłatem, gdzie naprawdę nie można narzekać na postaci. Różne charaktery, różne osobowości, różne spojrzenia na świat – a wszystko to zamknięte w 560 stronach samej przygody.
Chociaż w powieści faktycznie jest mnóstwo postaci, czytelnikowi na pewno nie umknie metamorfoza niektórych bohaterów. Na przykład taki pan Simon Wilcza Straż. Najbardziej ucieszyła mnie właśnie jego zmiana, która (raz… dwa… trzy…) wiele razy wywołała na moich ustach uśmiech. Spodobała mi się również metamorfoza Meg, która pod koniec powieści była zupełnym przeciwieństwem tamtej dziewczyny, schowanej przed światem i niepewnej. Och, każdy terra indigena zmienił się w Pisane szkarłatem, ale najlepszą częścią ich przemiany jest sam powód. Do tej pory na sercu robi mi się ciepło kiedy przypominam sobie jak odnosili się do Meg i jak ważną osobą na Dziedzińcu stała się dla nich. Tyle poświęcenia…

Akcja! Nie wiem jak ująć w słowa moje odczucia – pozytywne, rzecz jasna. Nie można narzekać na nudę, co to, to nie! Ciągle coś się dzieje; nowe zagrożenie, intruz, sekrety i
Źródło
niedopowiedzenia, oszustwa fałszywe alarmy… Znacie największego kłamstwo każdego mola książkowego? „Jeszcze jeden rozdział i idę spać”. No właśnie – akcja sprawiła, że kłamałam co chwilę! Przy takich wydarzeniach trudno oderwać się od książki, uwierzcie mi na słowo. Dawno nie czytałam powieści, która miałaby tak ciekawie rozłożoną akcję. Przemyślany układ zdarzeń nie pozwala na minutę wytchnienia. I dobrze!
Za to punkt kulminacyjny… O rany, mogłabym pisać o nim cały czas! Nie pamiętam kiedy ostatni raz czytałam powieść mającą tak idealny, pełen napięcia, akcji i szybkiego tempa punkt kulminacyjny, w którym udział wzięły prawie wszystkie postaci. Blisko 65 stron pościgów, wyjaśniania spraw, rozwiązywania konfliktów, zemst i niszczenia wrogów. Czego więcej można chcieć?
Wszechwiedzący narrator tylko dopełnia już i tak cudowną powieść. Widzimy świat nie tylko z punktu widzenia Meg, ale również samego Simona, Tess, Azji, Vlada i wielu, wielu innych bohaterów. Przede wszystkim wzbogaciło to książkę, pozwalając poznać tok myślenia postaci. Po drugie: dodało akcji tempa i tego „czegoś”, ponieważ obserwujemy wydarzenia w różnych częściach Lakeside i wiemy, gdzie i jak mają się sprawy (przydatne zwłaszcza w punkcie kulminacyjnym). Po trzecie… Po trzecie: przeczytajcie tę książkę.
Ci, co wcześniej spotkali się z twórczością Anne Bishop, wiedzą jak pisze autorka i czego można się po niej spodziewać, ale dla tych, którzy pierwszy raz będą mieli w rękach jej książkę powiem tyle: jej styl to czysta poezja. Pisane szkarłatem nie jest napisane prostym, banalnym językiem ani literackim i podniosłym. Dzięki temu powieść o losach Meg może czytać każdy, bez względu na wiek. To kolejna perełka Pisane szkarłatem.

Nie mam się do czego przyczepić. Prawda jest taka, że Pisane szkarłatem to jedna z lepszych książek jakie miałam w rękach. Zupełnie zakochałam się w historii Innych i Meg, która stała się dla nich sojusznikiem, przyjaciółką, pomocną dłonią – kimś naprawdę ważnym. Tą powieścią się żyje – chyba najlepsze określenie na Pisane szkarłatem. Codziennie myślałam o powieści pani Bishop, czekałam na chwilę czasu wolnego, żeby przeczytać chociaż jedną stronę, nie spałam do późna, rezygnowałam z nauki… Ona hipnotyzuje. Po kilku stronach stałam się częścią Pisane szkarłatem, takim cichym obserwatorem.
Mało argumentów przemawiających za sięgnięciem po pierwszy tom Innych? Jeśli jesteście niepewni pozostaje Wam zaryzykować. Tylko koniecznie do mnie napiszcie, jeśli Pisane szkarłatem faktycznie zniszczy Wasz czytelniczy świat i wkradnie się do serca. 

9/10

Za możliwość przeżycia cudownej, trzymającej w napięciu przygody serdecznie dziękuję Wydawnictwu Initium!
http://initium.pl/

Seria Inni:
Pisane szkarłatem | Murder of crows