101. Przedpremierowo: "Morze spokoju" Katja Millay

Tytuł: Morze spokoju
Tytuł oryginału: The sea of tranquility
Autor: Katja Millay
Seria/cykl: --
Data premiery: 19 marca 2014
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 460



Nastya umarła ponad dwa lata temu. Umarła, chociaż ciągle żyje – nie, ona egzystuje. Jej życie to pasmo ciszy, cierpienia i bólu, naznaczone wspomnieniami sprzed wydarzenia, które całkowicie ją pogrzebało. Pomimo tego, że jest młoda, nie widzi dla siebie ratunku.
Josh, utalentowany nastolatek, także przeżył swoje. Jego bliskich zabrał czas, ciężarówka, choroba i nagły atak. Młody chłopak co wieczór zamyka się w garażu, aby oddać się temu, co pozwala mu żyć – swojemu talentowi odziedziczonemu po ojcu.
Nagle te dwa różne światy się spotkają. Połączy ich przyjaźń, a później miłość, lecz wcześniej będą musieli nauczyć się wielu rzeczy.

Każdy literacki gatunek ma swoich słabych i mocnych przedstawicieli, negatywne i pozytywne strony oraz ciągnącą się za nim dobrą bądź złą sławę. Literatura młodzieżowa od zawsze kojarzyła mi się z dużą ilością miłości, nieskomplikowanymi relacjami między bohaterami, najczęściej szablonową fabułą oraz brakiem jakiegoś szczególnego przywiązania do wielu książek. Jednak czasami do naszego książkowego życia wdzierają się powieści, które całkowicie zmieniają postrzeganie gatunku. Na wstępie powiem, że Morze spokoju wzbudziło we mnie ogromną ciekawość, ale byłam pewna, że nie zmieni mojego zdania o literaturze młodzieżowej (czy też Young Adult, mówiąc i idąc z duchem czasu). Nie wierzyłam również w to, że miałaby się jakkolwiek przyczynić do kolejnego załamania psychicznego mola książkowego. Okazuje się, że myliłam się, i to bardzo. Morze spokoju sprawiło, że mój czytelniczy świat zatrząsł się w posadach, został zniszczony, a później odbudowany. Ale może zacznę od początku.

Prolog był bardzo ciekawym wstępem do powieści, podsycił moje zainteresowanie książką i sprawił, że zaczęłam zastanawiać się nad słowami głównej bohaterki. Krótki, ale treściwy początek zmusił mnie do niezbyt szybkiego oceniania książki, czy raczej spisywania jej na straty.
W końcu historia rozpoczyna się na dobre w pierwszym rozdziale. Ot, zwykła szkoła, koniec wakacji, początek roku szkolnego tuż-tuż. Brzmi banalnie? Pewnie tak. Pięćdziesiąt procent powieści młodzieżowych jako miejsce akcji ma szkołę – miejsce bardzo dobrze znane młodym ludziom. W tym wypadku szkoła nie będzie tylko i wyłącznie zwykłym miejscem akcji, ale również kawałkiem świata głównych bohaterów, w którym wszystko się zaczęło, rozwinęło i było podstawą do pierwszych zmian. I Josh, i Nastya świetnie pasowali do szkolnej sielanki, chociaż – paradoksalnie – chcieli z niej uciec, a ich chęć trzymania się z daleka od rówieśników była ogromna.
Właśnie, Josh i Nastya… Powiem Wam, że bardzo polubiłam tych bohaterów (dobra,
Źródło
będę szczerza, pokochałam Josha). Najbardziej zaskoczyła mnie kreacja Nastyi. Nie spodziewałam się, że główna bohaterka może być dziewczyną tak bardzo onieśmielającą, wzbudzającą mieszane uczucia w rówieśnikach, z pazurkiem, a jednocześnie w relacji z Joshem stawać się kimś zupełnie innym. Lubiłam oba jej wcielenia, mimo iż zupełnie się od siebie różniły. Kochałam jej sprzeczki z Joshem, kibicowałam przy sprawach sercowych, podzielałam jej zdania w rozmowach z Drew i koniecznie chciałam się dowiedzieć, co zmieniło jej życie. Oczywiście na jej zachowanie wpływają wydarzenia z przeszłości, co dodatkowo potęguje powyższe uczucia. Z kolei Josh… On jest przykładem zagubionego w świecie chłopca. W dodatku jest osamotniony, zostawiony sam sobie i bojący się przyszłości. Jego strach przed kolejną stratą był bardzo prawdziwy, niekiedy nawet realny. Współczułam mu jego sytuacji, ale przez całą książkę w myślach dopingowałam. Ogólnie rzecz biorąc ci dwaj bohaterowie są na pozór zwykli, najnormalniejsi, a jednak bardzo dojrzali. Mieli w sobie tą iskierkę życia, która zamieniła się w ogień.
Pozostali bohaterowie nie są tak dobrze wykreowani. Mogłabym powiedzieć, że są nawet troszkę papierowi, szczególnie takie postaci jak mama Drew, mama Nastyi czy ciotka głównej bohaterki, które w książce pojawiają się raz na czas. Są szkolne zera, są przystojniacy, pojawiają się księżniczki i macho, są również ci prawdziwi przyjaciele odkryci dopiero później… Do Morza spokoju wdarło się trochę schematu. Nie nazwałabym tego tak, gdyby drugoplanowe postacie zostały lepiej wykreowane i zaznaczone w książce.
Pani Millay pisze bardzo lekko i przyjemnie. Z początku obawiałam się, że lektura Morza spokoju może mi zająć sporo czasu, ale kiedy już zaczęłam czytać, nie mogłam się oderwać. Bez dwóch zdań autorka potrafi wciągnąć. Język jest typowo młodzieżowy, a styl bardzo dobry jak na z pozoru lekkie dzieło. Tak, z pozoru.

Pewnie Wy również zastanawiacie się, co zniszczyło świat Nastyi. Ta sprawa interesowała mnie od samego początku, dokładnie od prologu. Na pocieszenie powiem Wam, że nieprędko się dowiecie, ale nie jęczcie. Autorka bardzo zgrabnie, delikatnie i w odpowiednich momentach dostarcza nowych informacji. Po kolei fragmenty układanki wskakują na swoje miejsca, aż w końcu mamy przed sobą cały obrazek cierpienia Nastyi. Podobnie jest w sytuacji Josha, tyle że u niego sprawa jest jasna (wiem, że to paskudnie brzmi, ale nie potrafię inaczej tego określić). W wypadku Nastyi koszmar ciągnie się cały czas, a skutki tragicznego wydarzenia będzie miała przed sobą do końca życia. Kiedy już poznałam historię Nastyi i miałam wgląd w jej osobisty koszmar, zaczęłam jej współczuć. Oprócz tego pojawiły się też myśli „A co by było, gdybym ja też tak miała? Gdyby mnie też dotknął taki rodzaj śmierci?”. Na podstawie jej historii poznałam różne rodzaje umierania: można umrzeć szybko, powoli, częściowo lub umierać całe życie i patrzeć na swoją śmierć non stop. Równie szybko zaczęłam doceniać to, co mam i to, co potrafię robić, te wszystkie moje talenty. Wam też to radzę, z resztą, jeśli sięgniecie po Morze spokoju to przekonacie się sami.
Sam koniec… o ludzie, przeczytałam go na jednym wdechu. Bałam się, że kiedy wypuszczę powietrze z płuc, to wszystko uleci, zniknie… Nie pamiętam kiedy ostatni raz pomyślałam „Mam gdzieś naukę, teraz nie mogę, bo czytam książkę!”. Takich powieści powinno być więcej – mądrych i wciągających.
Jedyną rzeczą, która naprawdę przeszkadzała mi w lekturze, to usilnie wciskanie przekleństw tam, gdzie nie powinno ich być. Miałam wrażenie, że autorka trochę przesadziła i na siłę chce być „młodzieżowa”. Myliła się. Zastąpienie ostrego przekleństwa nieco łagodniejszym „O cholera” brzmiałoby zupełnie inaczej i nie dodawałoby książce niesmaku. Można zignorować podwórkową łacinę, ale na dłuższą metę staje się to po prostu męczące i niesmaczne.

Nie mam pojęcia co mogę jeszcze powiedzieć o Morzu spokoju. Nie pozostaje nic innego, jak zachęcić Was do lektury. Sam koniec książki wycisnął ze mnie łzy. Dawno nie wzruszałam się na młodzieżówkach, więc łzy towarzyszące historii Nastyi i Josha były znakiem, że ta książka będzie ważna w moim życiu. Z tej lekcji wyniesiecie dużo wiedzy. Przede wszystkim doceńcie to, co macie. Za chwilę wszystko może obrócić się w pył, dlatego chwytajcie życie pełnymi garściami, abyście nie zostali później z pustką w dłoniach. Oprócz tego z lekcji Josha i Nastyi wyciągnęłam jeszcze jeden ważny wniosek – człowieka można zabić bardzo łatwo. Nie musi być to przerwanie akcji serca lub wykrwawienie się. Wystarczy odebrać mu powód do szczęścia, wtedy śmierć będzie kwestią czasu, bardzo bolesną z resztą. O samej książce mogę powiedzieć: piękna, mądra, wzruszająca, niszcząca ale i budująca, wciągająca i… kochana. Nie wiem czemu, ale akurat to słowo przychodzi mi do głowy. Ona była po prostu kochana i tyle. Wydawnictwo Jaguar sprowadziło w swoje progi prawdziwą perełkę. Naprawdę nie wiem, co jeszcze dodać, aby Was przekonać… W głowie mam tysiące pięknych myśli o Morzu spokoju, ale na świecie nie ma słów, które oddałyby moje emocje.

Morze spokoju opowiada o dwóch różnych, a jednocześnie podobnych do siebie światach. Są nimi garaż z dywanem z trocin, meblami i pewnym blatem oraz pokój pełen imion, z nietkniętą od lat baterią życia, zamienioną teraz w ciszę. Oba światy się spotykają i razem muszą nauczyć się kochać, wybaczać, akceptować i iść dalej, nie oglądając się do tyłu. Oba światy muszą przemówić. Ale kto wie…




9/10

Za możliwość poznania wzruszającej i pięknej historii Josha i Nastyi serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar!






A niezwykłą opowieść o cierpieniu i odwadze mogę wspominać przy dźwiękach Demons w wykonaiu Boyce Avenue w duecie z Jennel Garcią:










100. "Easylog" Mariusz Zielke

Tytuł: Easylog
Tytuł oryginału: --
Autor: Mariusz Zielke
Seria/cykl: --
Data premiery: 15 stycznia 2014
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 352

 Poznajcie nowy świat – świat zdominowany przez cudowne urządzenie jakim jest Wally. Wally to całe internetowe życie – gry, aplikacje, lustrzane odbicie właściciela w postaci ruchomego awatara, prawdziwa, elektroniczna inteligencja i przekleństwo Bena Stillera.
Chociaż nazywa się jak słynny komik, jego życie wcale nie jest zabawne. Sukces Wally’ego, którego sam stworzył, przypomina mu o całej przeszłości: o zaginięciu swojej ukochanej przed dziesięciu laty, o utracie posady w potężnym SkyComie, o utracie przyjaciela i o samej wizji potężnego Wally’ego, który miał być ułatwieniem w życiu, a nie jego władcą. W końcu demony przeszłości dają o sobie znać. Ben postanawia uciszyć je raz na zawsze.

Po ujrzeniu okładki i przeczytaniu opisu nie mogłam uwierzyć, że autorem tej książki może być Polak. Raczej nie zaczytuję się w lekturach rodaków, co nie zmienia to faktu, że po nie sięgam. Tym razem przeczytanie Easylog stało się dla mnie swego rodzaju obowiązkiem i wyzwaniem. Dzierżący władzę wśród elektronicznych urządzeń Wally i mroczna przeszłość jego twórcy? Jestem na tak!

Pierwszym zaskoczeniem było miejsce akcji i sam wstęp. Autor postanowił osadzić akcję w Ameryce Północnej (nie trudno się domyślić, że chodzi o USA), co, szczerze powiedziawszy, nie tylko zapulsowało w mojej ocenie, ale również dodało atrakcyjności na samym początku. Zupełnie nie wiem czemu, ale nie lubię polskich imion i miejscowości w książkach, zdecydowanie lepiej odbieram książkę, kiedy akcja toczy się poza granicami naszego kraju, a bohaterowie mają zagraniczne imiona. Luźny, lekki i przyjemny wstęp sprawił, że pierwszą moją myślą było „Naprawdę pisze to Polak?”. W swoim krótkim życiu zraziłam się do polskiej twórczości, więc nie spodziewałam się, że przyjemny styl, lekki, prosty język i dobry, luźny wstęp w wykonaniu rodaka zrobią na mnie takie wrażenie. Początek świetnie spełnił swoją rolę. Zaciekawiona przeszłam dalej.
Bohaterowie Easylog to dojrzali, niekiedy starsi ludzie. Sam Ben Stiller… wydawał mi się postacią bardzo impulsywną, działającą pod wpływem chwili i robiącą wszystko po
Źródło
swojemu. Nie zawsze wychodziło mu to na dobre. Czasami wydawał mi się trochę za słaby jak na zaistniałą sytuację. Pozostali bohaterowie mieli w sobie coś z klasycznego, amerykańskiego obrazka – oszałamiająca prawniczka, mistrz cichego zabijania (o dziwo mający sumienie), szef ogromnej korporacji z mroczną przeszłością, gangster and gangsterami, słodka, niewinna, ale groźna dziewczyna również z nieciekawą historią, dociekliwy dziennikarz, szukający okazji do reportażu oraz główny bohater, wmieszany we wszystkie te intrygi. Znacie to? Nie mówię, że działa to niekorzystnie na powieść – co to, to nie. Ta klasyczna, amerykańska „sielanka na wysokim poziomie” w wykonaniu Mariusza Zielke wypadła naprawdę ciekawie. Żałuję tylko tego, że Ben często zawodził mnie swoim zachowaniem. Jego ciągłe załamki i skłonności do histeryzowania nie pasowały do wszystkich tych postaci. Odznaczał się od pozostałych, ale nie w pozytywnym słowa znaczeniu.
Tak jak wspomniałam wcześniej, autor prowadzi czytelnika bardzo lekkim, przyjemnym stylem i prostym językiem. Jedyną rzeczą, która nie pasowała mi do tej książki, była narracja. Pierwsza osoba moim zdaniem w ogóle nie pasowała ani do historii, ani do samego Bena Stillera – wręcz potęgowała jego nagminne histeryzowanie i załamywania. Ponad to w moim odczuciu zatrzymywała interesującą, szybko gnającą do przodu akcję, która miałaby większe znaczenie i rolę, gdyby całość występowała w trzeciej osobie, a było jej tam naprawdę dużo.
Nie zapominajmy, że jest to thriller – ogólnie rzecz biorąc powieść sensacyjna. Oprócz akcji występują też zagadki, z którymi musi zmierzyć się Ben. Poszukiwanie prawdy nie jest łatwe, zwłaszcza wtedy, kiedy autor ciągle wodzi czytelnika i zapędza go w kozi róg. Może ujmę to tak: domyślałam się kto jest sprawcą wszystkich przykrości Bena, ale wiele razy traciłam wiarę w swoje przekonania. Ponad to koniec okazał się zaskakujący. O ile przewidziałam winnego, tak nie spodziewałam się czegoś takiego. W tym wypadku autor naprawdę mnie zaskoczył i należą mu się za to słowa uznania.

Easylog czyta się szybko, przyjemnie i z rosnącą ciekawością. Mariusz Zielke zrobił kawał dobrej, pełnej zwrotów akcji, kłamstw i rozrywki roboty. Przy Easylog trudno będzie się Wam nudzić. Liczne powiązania bohaterów z Polską nie pozwalają zapomnieć, że autorem tej dobrej lektury jest Polak. Czy polecam? Oczywiście! Pozwólcie dodać swojej biblioteczce trochę powera i sięgnijcie po Easylog. Mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu!

6/10

Za możliwość poznania pełnej akcji historii Bena Stillera dziękuję Wydawnictwu Akurat





Odważni i anonimowi - Co w literaturze piszczy #5

Wróg: negatywna recenzja.
Miejsce przebywania: xxx.blogspot.com
Cel namierzony.
Przystępujemy do ataku.

Niejeden mol książkowy spotkał się w swoim życiu z naprawdę beznadziejną książką. Dobra, nie musi być ona naprawdę beznadziejna, wystarczy że będzie zła, nie przypadnie nam do gustu i wystawimy złą ocenę. O gustach się nie dyskutuje, czyż nie? Jednemu przypadnie do gustu, z kolei drugi uzna ją za stratę czasu i da jedną gwiazdkę na dziesięć. Problem? Jasne, że nie. Każdy preferuje inne książki, nikt nie powiedział, że powieści Greena czy Clare mają się podobać wszystkim.
Przychodzi czas na napisanie recenzji. Innym negatywne opinie piszę się lekko, drugim nieco trudniej, no ale zawsze coś nie coś się wyduka, tak? Każdy umie wyliczyć słabe strony książki i uzasadnić swoje stanowisko. Publikujemy. Recenzja jest na stronie głównej. Wysyłamy do wydawnictwa (jeśli to egzemplarz recenzencki), wydawnictwo akceptuje (lub nie, ale to znaczy że ma kiepską odporność na krytykę) i po kłopocie. Gorzej, kiedy recenzujemy książkę rodaka, a już wyjątkowo kiepsko jest wtedy, kiedy nie jest to pochlebna opinia. Znacie ten problem?

Zdania odnośnie polskiej literatury są podzielone. Osobiście książkę Polaka przeczytam, ale nie jestem fanką twórczości rodaków. Nie zmienia to faktu, że w swoim życiu przeczytałam kilka dobrych, polskich książek. Niestety coraz częściej w blogosferze (i w ogóle
Źródło
w całym Internecie) można spotkać się z wyjątkowo przykrym, denerwującym i nieprzyjemnym zjawiskiem. Najwidoczniej nie wszyscy polscy autorzy potrafią zrozumieć, że ich twórczość nie musi przypaść do gustu każdemu czytelnikowi.
Sytuacja z bloga koleżanki po fachu: Monika (z bloga Na Zimowy i Letni Wieczorek) napisała bardzo dobrą, krótką i treściwą recenzję książki pana Marka Pindrala Chiny od góry do dołu. Książkę otrzymała od APG Studio. W recenzji została zawarta konstruktywna krytyka, nie było to coś w stylu „Łee, odradzam! Nigdy w życiu nie sięgajcie po tę książkę!” tylko najnormalniejsza, porządna recenzja wyrażająca niezadowolenie z przeczytanej lektury i uwzględniająca wszystkie słabe strony książki. No cóż, najwidoczniej książka faktycznie była słaba i trzeba przyjąć to, że tak powiem, na klatę. To, że ktoś wydaje książkę, nie oznacza, że stanie się ona bestsellerem. Od określenia poziomu lektury są recenzenci, którzy swoje zdanie wygłaszają publicznie, na blogu, oraz wszyscy czytelnicy mające własne zdanie.
Przybyły pierwsze komentarze Anonimów. Czytając ich naprawdę żałosną treść i jeszcze żałośniejsze uwagi odnośnie autorki recenzji (najśmieszniejsze było „Szesnastolatka w roli recenzentki - aż bałam się tego czytać i okazało się, że słusznie”, ale znajdziecie tam mnóstwo innych) miałam ochotę wyrzucić laptopa przez okno i jęczeć nad dzisiejszym światem. Nietrudno się domyślić, że byli to a) najbliższe osoby autora, rodzina, przyjaciele, itp., b) wielcy fani 350-stronicowego podróżniczego utworu, c) osoby „zatrudnione” przez autora, mające na celu krytykowanie zdania autorki recenzji i wpajanie wszystkim, że mimo wszystko TA KSIĄŻKA JEST NAPRAWDĘ DOBRA (co chyba trochę pokrywa się z podpunktem a).
Po pierwsze, sytuacja przekomiczna, bo nikt nie jest w stanie wmówić komuś, że książka, która mu się nie podoba, poważnie jest cudownym utworem. Po drugie, cofamy się do przedszkola? Ukrywają się pod nazwą „Anonim” żeby pokazać, jacy są silni, odważni i pewni swojego zdania? Skoro tak jest, to może niech podpiszą się swoim pseudonimem. Warto zobaczyć, czy w Internecie też są tacy „odważni”.
Podobna sytuacja miała też miejsce na moim blogu. W sierpniu 2013 zrecenzowałam powieść Doroty Frączek Życiew Oborze. Książka była całkiem przyjemna, opowiadała o rozwodzie autorki, prowadzeniu restauracji, wszystkich trudach związanych z papierkową robotą i upartymi, wrednymi pracownikami… Ot, taka lekturka na jeden wieczór z paroma cennymi morałami. „Zabawa” rozpoczęła się po opublikowaniu recenzji. Zjechały się pierwsze Anonimy, komentując moją recenzję bez grama kultury, wchodząc z butami w życie autorki, które, notabene, nie interesowało mnie bardziej, poza przedstawionym w książce obrazem. Tyle że w moim przypadku byli to antyfani autorki, a nie obrońcy jej twórczości, chociaż kilku też się tam znalazło.
Komentarze pod recenzjami są po to, aby wyrazić swoje zdanie na temat książki tudzież recenzji i podzielić się z nią z autorem opinii. Na pewno nie służą do ośmieszania autora, ubliżaniu jemu lub pisarzowi bądź do przekonywania, że TA KSIĄŻKA WAM SIĘ SPODOBA.
  Takie sytuacje jedynie pogarszają pozycję polskiej literatury, która raczej nie cieszy się ogromną popularnością wśród czytelników. Nie od dziś wiadomo, że wydana książka niekoniecznie spotka się z zachwytem, popularnością, rozchwytywaniem i ogólnym aplauzem. Podobne zachowanie jest nad wyraz dziecinne, beznadziejne i na dłuższą metę nie ma żadnego sensu, ponieważ czytelnik ma swoje zdanie i kropka. Zastanówmy się, jaki cel mają anonimowi komentatorzy polskich publikacji, którzy są silni tylko i wyłącznie pod słowem „Anonim”, a nie są w stanie po prostu powiedzieć „Dobra recenzja. Mam odmienne zdanie, ale szanuję Twoje”. Żałosnym zagraniem jest zwracanie uwagi na wiek autora recenzji, życiorys autora książki, historię powieści i tym podobne rzeczy.
Ludzie, takie zachowanie sięga dna. Mija się z celem i jest bezsensowne. W ten sposób powstaje mnóstwo wrogów jakiegoś autora. Osobiście mam na pieńku z jedną autorką, która nie potrafiła przyjąć krytyki z postawą przegranego sportowca, tylko powiedziała „Twoja recenzentka chyba nie rozumie, o czym jest moja książka. To powieść PSY-CHO-LO-GI-CZNA” (chyba psychiczna…). O nie, bardzo dobrze zrozumiałam, o czym była książka tamtej pisarki i na pewno nie była to książka „psychologiczna”. Czy to, że mam siedemnaście lat (wtedy szesnaście) oznacza, że nie znam się na książkach psychologicznych, sensacyjnych, kryminalnych czy jakichkolwiek innych? Kpiny jakieś! Tego samego dnia, po usłyszeniu jakże przyjemnej uwagi, mogłam wymienić kilkanaście o niebo lepszych, mądrzejszych i na pewno PSYCHOLOGICZNYCH książek. Różnica między tą sytuacją a dwoma poprzednimi jest taka, że autorka cennej uwagi nie była osobą anonimową.

Polscy autorzy najpierw powinni nauczyć się odporności na konstruktywną krytykę. Rozumiem, że można się wściec kiedy ktoś pisze, że książka była po prostu beznadziejna i tyle – zero argumentów. Co innego, jeśli opinię pisze doświadczony recenzent, który w swoim życiu przeczytał mnóstwo książek. Najlepiej zróbmy podział książek ze względu na wiek, wzrost, kolor włosów, karnację, stan majątkowy… Macie jakieś inne propozycje?
Na koniec tego przydługawego stosu irytacji, wściekłości, bezsilności i zupełnego załamania mogę rzec tylko tyle:
Siła tkwi w krytyce Anonimów!

Ha, ha. 



099. "Wołanie kukułki" Robert Galbraith

Tytuł: Wołanie kukułki
Tytuł oryginału: The cuckoo's calling
Autor: Robert Galbraith 
Seria/cykl: Cormoran Strike tom 1
Data premiery: 4 grudnia 2013
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 452


Młoda gwiazda modelingu Lula Landry ginie po upadku z balkonu. Wszyscy wierzą, że gwiazda popełniła samobójstwo. Choroba, coraz trudniejsze relacje z rodziną i chłopakiem mogły spowodować, że podjęła tę okropną decyzję, ale jej brat nie wierzy w to, że Lula postanowiła ze sobą skończyć. Prosi kolegę jego brata aby zajął się sprawą jej śmierci, która w gazetach już ucichła. Cormoran Strike – były żołnierz, a teraz detektyw – podejmuje się zadania i powoli wnika w świat modelki.

Kiedy tylko zobaczyłam wielką zapowiedź Wołania kukułki (a było to na 17. Targach Książki w Krakowie – uwierzcie, zapowiedź całkowicie porwała moje serce) wzięłam sobie za cel zdobycie tej książki i przeczytanie jej. Piękna okładka, magiczny tytuł i nutka tajemnicy wokół książki były wystarczającą zachętą, nie wspominając już o naprawdę interesującym opisie. W końcu otrzymałam Wołanie kukułki i zaczęłam czytać, tylko w środku książka nie okazała się tak cudowna, jak magia otaczająca zapowiedź.

Chciałabym zacząć od pozytywnych stron Wołania kukułki, ale minusy książki siedzą mi w głowie odkąd skończyłam ją czytać. W czym tkwi problem? Otóż, panie i panowie, pierwsza część przygód Cormorana Strike’a na pewno całkowicie zawładnęłaby moim światem, gdyby nie akcja, a właściwie jej brak. Przez całą książkę (no, z wyjątkiem punktu kulminacyjnego, gdzie coś drgnęło) nic się nie działo. Nie myślcie, że Wołanie kukułki to puste meksykańskie miasteczko smagane wiatrem, o nie. Chodzi o to, że cały proces zdobywania informacji ciągnął się tak niemiłosiernie długo, jak ostatnia lekcja (na przykład matematyka!) w piątek o trzeciej popołudniu. Wszystko wlokło się, toczyło po równym terenie i zastygało w bezruchu co kilka stron. Gdyby nie ten jeden, trochę głupi błąd, Wołanie kukułki byłoby niesamowitą lekturą. Tyle że najpierw trzeba by było tchnąć w akcję dużo życia…
Źródło
Akcja była do tego stopnia nudna, że często w czasie czytania odpływałam myślami – a to myślałam o braku śniegu w górach, później z kolei zastanawiałam się o co chodzi z tym całym ociepleniem klimatu, i tak do punktu kulminacyjnego. Przyjaciółka powiedziała mi, że może nie odnalazłam w tej książce siebie (swoją drogą, ciekawa teoria). Już nawet nie chodzi o odnajdywanie siebie – w tej książce nie odnalazłam ani grama akcji i to jest największy problem. Przy dalszym trwaniu w historii Luli utrzymywał mnie tylko tajemniczy tytuł, no bo dlaczego akurat wołanie kukułki? Długie rozdziały nie poprawiają sytuacji. Sprawiały, że brak akcji wydawał się jeszcze większy, niż rozdział wcześniej.

Pod innymi względami Wołanie kukułki prezentowało naprawdę wysoki poziom. Chociażby bohaterowie – uwielbiam autora (czy, jak wolicie, autorkę, bo wiadomość, że „Robert Galbraith” to tylko pseudonim zna już ogromna część moli książkowych) za stworzenie tak cudownych postaci. Szczególnie mocno polubiłam samego detektywa Strike’a i Robin, jego asystentkę. Byli dwoma zupełnymi przeciwieństwami, które w drużynie – mimo różnic – działają ramię w ramię. On dotknięty swoją osobistą tragedią, trochę zagubiony w życiu, ale silny, z kolei ona zawsze zorganizowana, szczęśliwa i ciekawa życia. Cormoran Strike szczególnie przypadł mi do gustu z powodu jego podejścia do życia. Był indywidualistą, który definicję słowa „życie” ma swoją, a nie taką jak większość ludzi. Właśnie tym autorka zapunktował u mnie - bardzo naturalną kreacją bohaterów. Ani Cormoran, ani Robin, ani inna postać Wołania kukułki nie była idealizowana. Czasami miałam wrażenie, że bohaterowie zostali żywcem wyjęci z normalnego, toczącego się życia i trafili na karty powieści pani Rowling.
Każdy z bohaterów ma też swoją przeszłość. Autorka największy nacisk kładzie na wydarzeniach z życia Cormorana. W bardzo delikatny sposób przybliża nam jego życie przed tragedią. Nie poświęca na to osobnych rozdziałów, fragmentów powieści czy zdań zaznaczonych pochyloną czcionką – po prostu spokojnie, lekko i w odpowiednich momentach, zdanie po zdaniu nakreśla nam jego historię. Im więcej stron za nami, tym więcej wiemy o Cormoranie. Tak jak wspomniałam wcześniej, jest to postać bardzo naturalna i jedna z moich ulubionych w całej powieści.
Skoro powiedziałam już co nie co o lekkim nakreślaniu przeszłości bohaterów, pasowałoby też rozliczyć autorkę za styl i język. Tutaj nie mam żadnych zarzutów. Pani Rowling pokazuje bardzo wysoki poziom, zarówno pod względem stylu, jak i języka. Pisze dojrzale, ale prosto i zrozumiale. Jej świat jest prawdziwą, codzienną rzeczywistością, w której człowiek ma chwile szczęścia, jak i smutku – kolejny dowód na to, że naturalność gra główną rolę w Wołaniu kukułki. Nawet zwykłe remonty na ulicach Londynu i kamieniczki (chociażby ta, w której mieściło się biuro Cormorana) wydawały się takie prawdziwe i wyjęte z najnormalniejszego dnia. Czasami trochę za bardzo skupiała się na długich opisach myśli, co dodatkowo wpływało na spowolnienie akcji. No, dobra, odrobinę częściej niż „czasami”…
Sama historia Luli jest bardzo ciekawa. Podejrzenia padają na prawie wszystkie osoby. Kłamstwa przewijają się między stronami, dociekliwy detektyw nie ma zamiaru poddać się tak łatwo, chociaż kilka razy można było zrezygnować i powiedzieć „Nie dam rady”. Jest to typowa zagadka wymagająca myślenia, wielokrotnego analizowania i pobudzenia wyobraźni. Sam koniec był zaskakujący, ale co ja Wam tam powiem… Macie do wyboru dwie opcje: a) przymrużyć oko na największą wadę Wołania kukułki i sięgnąć po książkę lub b) zrezygnować.


Cóż mogę powiedzieć na sam koniec? To, co powiedzieć chciałam, zamieściłam w końcu powyższego akapitu. Nie zniechęcam Was do lektury, bo Wołanie kukułki na to nie zasługuje, ale ta jedna, największa wada skutecznie obniżyła ostateczną ocenę. Pomijając minus, cała książka jest bardzo dobra. Bohaterowie, miejsce akcji, styl, język i sama historia modelki są dopieszczone, dopracowane i widać, że autorka poświęciła im sporo czasu. Teraz Wasza kolej!

6/10

Za możliwość przeczytania Wołania kukułki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!



Seria Cormoran Strike
Wołanie kukułki | Jedwabnik