049. "Królestwo cieni" - Celine Kiernan

Tytuł: Królestwo cieni
Tytuł oryginału: The Crowded Shadows
Autor: Celine Kiernan
Seria/cykl: Trylogia Moorehawke tom 2
Data premiery: 28 września 2011
Liczba stron: 506



Wynter podróżuje samotnie przez ogromne lasy, aby znaleźć Alberona, a co za tym idzie – odpowiedzi na pozostawione przez niego pytania. W tym celu ryzykuje i wyrusza w długą, męczącą podróż, zdana wyłącznie na siebie i nabyte umiejętności. Sytuacja nabiera innych barw, kiedy trafia na Christophera i Raziego. Trójka przyjaciół razem udaje się na poszukiwanie zbuntowanego księcia, lecz ich śladem podążają stworzenia z koszmarów Christophera – Wilki. Bohaterowie szukają schronienia u Merronów, ale okazuje się, że tajemniczy lud z Północy sprzymierzył się z największym wrogiem królestwa Jonathona.


Zanim sięgnęłam po Królestwo cieni, przeczytałam kilka opinii o drugiej części Trylogii Moorehawke. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy kontynuacja przygód Wynter miała wyższą ocenę niż tom pierwszy – i to o ile! Pomyślałam sobie: „Jak cudowna musi być druga część skoro ma lepsze noty?”, a pragnę nadmienić, że Zatruty tron podbił moją czytelniczą duszę i sprawił, że dałam ocenę 9/10. Z rosnącą ekscytacją chwyciłam Królestwo cieni i pozwoliłam pani Kiernan, aby kontynuowała historię Wynter. Pomimo tak dobrych not z bólem serca stwierdzam, że Królestwo cieni nie urzekło mnie tak bardzo jak Zatruty tron. W czym tkwił problem?

- Każdy człowiek – odezwał się cicho Christopher – ma swoja wytrzymałość. Kiedy wszystko, co kocha, i wszystko, co nadaje sens jego życiu sprawia, że jest tym, kim jest, zostaje mu odebrane, zniszczone, znika w płomieniach jak sucha drzazga. Człowiek dochodzi do wniosku, że ma już tylko jeden wybór. Może zdecydować, kiedy i w jaki sposób umrze.
(str. 274)

Miejsce akcji powieści automatycznie się zmienia. Wybierając długą i męczącą podróż, Wynter zrezygnowała z ogromnych komnat i pozostawiła w zamku swojego ciężko chorego ojca. Na początku nie mogłam przyzwyczaić się do ciemnego lasu. Zwykle przygody Wynter kojarzyłam z zamkiem Jonathona, w którym działy się dziwne rzeczy i który tak mocno pokochałam w pierwszej części. Na szczęście po kilku rozdziałach, mniej więcej wtedy, kiedy Wynter spotkała Raziego i Christophera, mroczny las nie przeszkadzał mi tak bardzo, a w dodatku miał duży wpływ na niesamowity klimat książki, tak więc przeniesienie miejsca akcji uważam za całkiem dobry krok. Był przede wszystkim całkiem dobrą odmianą.
O bohaterach nie muszę dużo mówić. Pani Kiernan wiedziała, kogo chce stworzyć, jakie ma mieć cechy i co ma stawiać na pierwszym miejscu. W pierwszej części najbardziej zauroczyła mnie postać Christophera, a teraz, w drugiej, moja miłość do tego chłopaka urosła. Pokochałam go za poczucie humoru i odwagę, lecz także za dystans do siebie. Wynter cechuje cierpliwość i łagodność, jest również (tak samo jak Christopher) bardzo odważna. Na jej miejscu bałabym się podróżować całkiem sama przez ogromny las w poszukiwaniu kogoś, kto mógł ukrywać się dosłownie wszędzie. Z kolei Razi… On chyba jako jedyny najbardziej się zmienił. Wcześniej pozwalał sobie na więcej czułości do Wynter, był zabawniejszy i odprężony. Jego zmiana jest wynikiem niełatwej sytuacji, w której młody książę się znalazł. Teraz musi podejmować trudne decyzje, od których często zależy życie Christophera i Wynter, powierzać swoje zaufanie odpowiednim osobom i szybko odróżniać przyjaciela od szpiega. Pomimo widocznej zmiany Razi dalej pozostał moim ulubionym bohaterem.
Muszę zwrócić uwagę na nowe postacie. Pojawienie się ich w drugim tomie Trylogii Moorehawke sprawiło, że losy Wynter, Christophera i Raziego potoczyły się tak a nie inaczej. Moją uwagę najbardziej przykuło merrońskie rodzeństwo – Embla i Ashkr. Nutka tajemnicy towarzysząca tym bohaterom na każdym kroku również bardzo wpłynęła na klimat książki, bo chociaż wiedziałam, kim są dla Merronów i jak wielką moc posiadają, to jednak nie do końca zdawałam sobie sprawę z ich ogromnej roli dla powieści.
Język powieści w drugiej części Trylogii Moorehawke jest inny niż w pierwszym tomie – nie występują w nim średniowieczne zwroty obowiązujące na królewskim dworze, zaś coraz częściej pojawiają się dialogi prowadzone w ojczystym języku Merronów. Dzieje się tak za sprawą zmiany miejsca akcji; wcześniej mieliśmy do czynienia z zamkiem i samym królem, z kolei teraz spotykamy się z Merronami oraz ich kulturą. Dodatkowo cudownie lekki styl pani Kiernan pozwala zagłębiać się w historię Wynter bez żadnych przeszkód. Czyta się szybko (wręcz błyskawicznie!) i przyjemnie. Celine Kiernan to jedna z tych autorek, na których chciałabym się wzorować. Potrafi stworzyć napięcie, wycisnąć z czytelnika łzy i porządnie zagrać na jego emocjach.
O, właśnie, kultura Merronów – myślę, że jest to świetny dodatek do przygód Wynter, Christophera i Raziego. Miło było spotkać się z czymś nowym, zupełnie innym od etykiety dworskiej. Za wspólne ogniska, tańce i muzykę daję ogromnego plusa!

 „- Dostosować się – odpowiedział zuchwale Christopher. – To jedyna droga. Świat nie zatrzyma się w miejscu, żeby na was poczekać. Musicie się do niego dostosować!
(str. 318)

Królestwo cieni bogate jest w akcję, której było trochę mniej w Zatrutym tronie, lecz czy jest to powód, który powinien zadecydować o końcowej ocenie drugiego tomu? Nie. Chociaż akcja faktycznie częściej daje o sobie znać, to jednak nie podciągnęła oceny Królestwa cieni. W czym tkwi problem niżej noty? W klimacie. Wcześniej pisałam, że mroczny las oraz kultura i język Merronów bardzo wpłynęły na klimat drugiej części, lecz zabrakło jednej ważnej rzeczy, która najbardziej urzekła mnie w pierwszej części – nutki grozy. Były momenty, gdzie bałam się sama siedzieć w pokoju przy lampce nocnej, ale fragmenty te ograniczały się jedynie do przelotnego strachu, który za chwilę miał zostać zamaskowany humorem Christophera lub chwilą osobności między nim a Wynter (przyznam się, że bardzo czekałam na nie). W Zatrutym tronie sekrety i magia spowijająca zamek Jonathona dawały o sobie znać na każdej stronie i miały znaczący wpływ na losy Wynter, lecz teraz tego po prostu zabrakło. Jestem trochę zawiedziona, bo (zabrzmi to dziwnie) bardzo chciałam się bać! Niemniej jednak warsztat pisarski pani Kiernan, bohaterowie, nowe postaci i miejsce akcji są strzałem w dziesiątkę!

– Ciągle uważasz, że jestem okrutny. Myślisz, że nie powinienem pozwolić na tę miłość.
Christopher milczał, a Ashkr zaśmiał się gorzko.
– W takim razie nie wiesz, co to miłość – wymamrotał, zamykając oczy – skoro myślisz, że można jej zakazać. I to tylko ze strachu, że może się źle skończyć.
(str. 318)

Czy polecam Królestwo cieni? Oczywiście, że tak! Jeśli jesteście ciekawi dalszych przygód Wynter koniecznie sięgnijcie po drugą część. Dla tych, którzy są niezdecydowani przy wyborze książki w księgarni, gorąco polecam Zatruty tron. Obie części Trylogii Moorehawke tworzą zupełnie inny świat, pełen niebezpieczeństw i pokus, a zadaniem bohaterów jest zwalczenie ich i odnalezienie prawdy. Celine Kiernan swoją debiutancką powieścią podbiła moje czytelnicze serce, zaś drugą częścią udowodniła, że jest wyśmienitą autorką z ogromną wyobraźnią.

8/10
 
Trylogia Moorehawke:
Zatruty tron | Królestwo cieni | Zbuntowany książę  
 

048. "Tylko ty!" - Jill Mansell

Tytuł: Tylko ty!
Tytuł oryginału:  Take a chance on me
Autor: Jill Mansell
Seria/cykl: Do torebki
Data premiery: 15 lipca 2011
Wydawnictwo: Książnica 
Liczba stron: 432


Poznajcie Cleo Quinn. Cleo ma dwadzieścia dziewięć lat, złe doświadczenia z mężczyznami, zero umiejętności kulinarnych i pracuje jako szofer. W jej nudnym życiu nagle pojawia się Will i Cleo od razu zakochuje się w jego charakterze oraz wyglądzie. Dla Cleo Will staje się księciem z bajki. Jednak szczęście nie trwa długo i po trzech miesiącach pęka jak bańka mydlana, kiedy to na pogrzebie Lawrence’a LaVenture’a pojawia się jego bogaty syn, a kolega Cleo ze szkolnych lat – Johnny. Od tego czasu życie Cleo zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni.



Czy czytając opis nie macie przed oczami pierwszego lepszego filmu o miłości, kiedy to idealny facet podbija serce szarej myszki i biedaczka zakochuje się w nim bez opamiętania? Myślę, że większość z was spotkała się z takimi. W każdym bądź razie, po zapoznaniu się z opisem, przypomniałam sobie mnóstwo tytułów filmów o tej tematyce. Miłość. Na każdym kroku miłość. Chociaż miałam dość książek o zakochaniu, miłosnych wzlotach i upadkach, chciałam przeczytać coś lekkiego, niezobowiązującego (żebym później nie musiała płakać na każde wspomnienie) i przyjemnego. Miałam nadzieję, że Tylko ty! Jill Mansell spełni moje oczekiwania. I jak było? Jak na kolejną opowiastkę o miłości – naprawdę bardzo dobrze!



Początek w ogóle mnie nie zaciekawił. W drugim rozdziale wiedziałam jak potoczą się losy Cleo (chociaż nie miałam pojęcia, że jej przyjaciele też będą mieli swoje pięć minut).
Źródło
Gdyby nie to, że zobowiązałam się przeczytać tę książkę, pewnie odpuściłabym sobie kontynuowanie przygody z nią. W końcu przemogłam się i postanowiłam nie rezygnować tak szybko.
Pierwsze, co zauważyłam podczas poznawania historii Cleo, to szybkość czytania. Minęło kilka minut, a ja przeczytałam pięćdziesiąt stron! Jest to zasługą bardzo lekkiego stylu pani Mansell i prostego języka, którym się posługuje. Między innymi te dwie rzeczy wciągnęły mnie do świata Cleo Quinn i zatrzymały w nim do końca. Warsztat pisarski autorki jest świetny. Rzadko można spotkać pisarza tworzącego kolejne zdania z taką lekkością i przyjemnością, a pani Mansell poradziła sobie znakomicie! Nawet nie wiedziałam, kiedy przeczytałam drugie tyle. Za styl i język należy się ogromny plus i proszę o brawa.
Co mogę powiedzieć o Cleo? Bardzo ją polubiłam. W tym wypadku również nieczęsto można natrafić na tak dobrze wykreowanych bohaterów. Cleo była przede wszystkim uparta, uśmiechnięta, pomocna (jeszcze jak!) oraz naturalna –  i właśnie ta naturalność dodawała jej najwięcej uroku. Co prawda pani Mansell nie oszczędziła jej idiotycznych sytuacji na oczach kandydata na mężczyznę życia i niestety to troszkę zepsuło mi jej obraz. Przez większość książki myślałam, że Cleo to nie tysięczna bohaterka ze skłonnościami do zapominania języka w gębie i paplania głupot w ważnych momentach. Na szczęście takich chwil było mało i nie przeszkodziły mi w wystawieniu takiej oceny. Z głównej bohaterki jestem zadowolona, ponieważ wiele razy jej poczucie humoru wywoływało u mnie śmiech.
Kolejną ważną postacią jest nie kto inny jak zapowiedziany wcześniej Johnny LaVenture – wróg Cleo ze szkolnych lat. Kiedy pierwszy raz rozmawiał z Cleo, pomyślałam: „Ale z niego dupek!”. Później jednak, gdy cyniczne wcielenie tego bohatera odeszło na drugi plan, a zamiast niego pokazał się zabawny, przystojny i uroczy mężczyzna, zmieniło się moje nastawienie do młodszego LaVenture’a. Żałuję, że Johnny (jak na drugiego ważnego bohatera) pojawiał się tak rzadko. Pomimo tego im bliżej było końca, tym milsze wspomnienia pozostawiał po sobie (czego niestety nie może potwierdzić Cleo, ale mówię z perspektywy czytelnika). Podsumowując: Johnny LaVenture to następne dzieło pani Mansell.
W życiu Cleo przewijają się starzy znajomi i rodzina (Ash – przyjaciel, Abby – starsza siostra, Tom – szwagier) jak i całkiem nowe osoby (Fia, Georgia). Zaletą twórczości pani Mansell jest to, że nie chciała idealizować żadnej z tych postaci. Ash był uwielbianym przez tysiące fanów prezenterem radiowym, lecz nikt ze słuchaczy nie wiedział, że za cudownym głosem, humorem i inteligencją kryje się grubiutki, niezbyt urodziwy mężczyzna szukający wybranki swojego serca. Abby miała manię sprzątania i ponad życie kochała swojego męża Toma. Z kolei Tom nie poradziłby sobie bez ukochanej żony, którą wspierał w najtrudniejszych momentach ich wspólnego życia. Związek Toma i Abby szczególnie zwrócił na siebie moją uwagę, ponieważ wydawał mi się taki prawdziwy i jedyny. Większość ludzi z otoczenia Cleo połączyła przelotna miłość, która szybko słabła, a Tom i Abby trwali przy sobie cały czas (nawet pomimo ogromnego kryzysu). Fia i Georgia początkowo przyprawiały mnie o ból głowy swoim trajkotaniem. Na początku nie znosiłam ich z całego serca! Fii dlatego, że wlazła w butach w życie Cleo, chciała odebrać jej całe szczęście i jak na swój wiek była trochę zbyt dziecinna, a Georgię ponieważ pozbawiła Abby źródła szczęścia. Później każda z nich nieco ochłonęła i temperament obu postaci (kobiety i panienki) zaczął powoli spadać. Za bohaterów również daję ogromnego plusa.


Kolejną zaletą Tylko ty! jest mnogość wątków. Fabuła jest ciekawa, wciągająca i pełna
Źródło
różnych barw, a pani Mansell nie ograniczyła się jedynie do historii Cleo (i chwała jej za to!). Poznajemy wzloty i upadki Asha, jesteśmy świadkami wielkiego kryzysu Toma i Abby, śledzimy losy Fii, która porzuciła swoje dawne życie, podążamy za pełną energii Georgią, a na końcu wnikamy w skomplikowane (a jednak proste) życie uczuciowe Cleo, czyli główny wątek. Czy nie brzmi to atrakcyjnie? Tak właśnie jest! Uwierzcie mi (lub nie), że w czasie czytania powieści pani Mansell w ogóle się nie nudziłam, bo ciągle coś się działo: jak nie kolejna porażka Cleo, to nagłe wtargnięcie Georgii i tak cały czas. Naprawdę uwielbiam, kiedy książka bogata jest w kilka wątków. Wiem, że przy niej nie będę miała ani chwili odpoczynku. Między innymi właśnie dlatego Tylko ty! wciąga i porywa czytelnika do świata Cleo.



Skoro Tylko ty! ma mnóstwo mocnych stron, dlaczego dałam jedynie 7/10? Cały problem tkwi w wątku miłosnym. Skoro jest to powieść o miłości, myślałam, że będzie jej trochę więcej (chodzi mi o relacje Cleo i Johnny’ego). Spotkania tych dwojga były jednocześnie zabawne i miłe, jednak… powiem szczerze… Chciałam więcej! Miałam nadzieję, że będzie więcej okazji do rozmowy, wymiany niekiedy zgryźliwych uwag, itp. Koniec historii Cleo, chociaż nieco schematyczny, okazał się spełnieniem moich marzeń, lecz zawód dalej pozostał w czytelniczym sercu. Stąd też wzięła się ocena 7/10.
Czy polecam? Oczywiście! Jeżeli chcecie lekką, przyjemną i zabawną lekturę o miłosnych perypetiach, koniecznie sięgnijcie po Tylko ty! Jill Mansell. Mam nadzieję, że nie zawiedziecie się. Spotkacie fantastyczny warsztat pisarski autorki, cudownych bohaterów oraz sekrety wielu z nich, a ich przygody pozostaną na długo w Waszej pamięci. Jill Mansell stworzyła świetną powieść o szukaniu szczęścia, które tak naprawdę zawsze było, jest i będzie obok nas.

7/10

Za możliwość poznania świata Cleo serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat
  



Inna forma sztuki, czyli jak zabić czas

Wczoraj na fanpage'u mojego bloga umieściłam informację odnośnie nowego hobby. Pytałam tam, czy ktoś chciałby obejrzeć skutki uboczne letniego lenistwa :D Ale przejdźmy do początku. Zaczęło się tak:

Od pewnego czasu szukałam dla siebie jakiegoś twórczego zajęcia. Złapałam się za pisanie (nie liczy się - piszę odkąd miałam 8 lat!), rysowanie, origami i zdjęcia, ale cały czas było mi mało... I w końcu z pomocą przyszła mi przyjaciółka oraz... decoupage. Zaczęło się banalnie - od prezentów dla nauczycieli na zakończenie roku (które widać na zdjęciach zamieszczonych niżej). Teraz obie myślimy, aby zająć się tym na serio, stworzyć blog o tej tematyce, lecz najpierw potrzebuję Waszej oceny, krytyki i zdania :) Pomożecie?  Może ktoś z Was byłby zainteresowany którymś wyrobem? :) Jesteśmy otwarte na zamówienia oraz oceny!


Kandydat nr 1 - bladoróżowa skrzynka z różami zamykana na kluczyk. Szkatułka nadaje się idealnie do przechowywania biżuterii lub małych elementów. Świetnie też prezentuje się na półeczce pośród książek :) Pomalowana jest bladoróżową farbą. Serwetka w herbaciane róże nie zlewa się z tłem, a złote elementy dookoła wzoru dodają kolorów całości.

Dwuwarstwowa warstwa lakieru ochronnego nadaje połysku skrzyneczce i chroni farbę przed wszelkimi uszkodzeniami.

Tak wygląda przód skrzyneczki, przyozdobiony dwoma motylkami. Widać złocenia wokół otworu na kluczyk i motylków.


Szkatułka nie jest ani za głęboka, ani za płaska. Spokojnie zmieszczą się do niej większe rzeczy.





Kandydat nr 2 - jasnoniebieski bujany fotelik z kwiatowym motywem. Ładnie prezentuje się na półeczce, a pastelowy kolor bardzo dobrze komponuje się z jasnymi wnętrzami :) Brzegi zostały pomalowane ciemniejszym odcieniem. 

Ta sama kwiatowa serwetka została umieszczona również z tyłu.

 

Tak wyglądają ciemniejsze brzegi
















Kandydat nr 3 - zielony koszyczek z fioletowymi i niebieskimi kwiatkami oraz uchwytem w białe kropki. Jasna zieleń i jasny fiolet - to kolory użyte do malowania i ozdabiania. Koszyczek nie ma żadnych złoceń lub cieni, ot zwykły, jednokolorowy. Z przodu jest ten sam wzór co z tyłu.
















 
 

I na sam koniec kandydat nr 4 - mała beżowa szkatułka z sercem oraz motylkiem. Jest bardzo malutka, zamykana małą klamerką. Wieczko jest pomalowane ciemnobeżową farbą ze złotymi zdobieniami, zaś dół jasną. Motylek przy serduszku nie zlewa się z kolorami lecz ładnie wyróżnia :)




















Mała sesja z książką i bladoróżową szkatułką:

Fragment Mechanicznego księcia

Co sądzicie o naszych pierwszych, wspólnych wyrobach? Czekamy na Waszą opinię!

Pozdrawiam w ten strasznie gorący dzień :)

047. "Fałszywy książę" - Jennifer A. Nielsen

Tytuł: Fałszywy książę
Tytuł oryginału: The False Prince
Autor: Jennifer A. Nielsen
Seria/Cykl: Trylogia władzy
Data premiery: 23 stycznia 2013r.
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 392


Wojna domowa wielkimi krokami zbliża się do Carthyi. Wszyscy wierzą, że król zapobiegnie nadciągającej bitwie, jednak nikt nie ma pojęcia, że rodzina królewska zginęła. O tron walczą doradcy króla, którzy za wszelką cenę chcą objąć władzę nad niewielkim państwem. Tymczasem arystokrata Connor – osoba bardzo związana ze zmarłym królem – postanawia osadzić na tronie fałszywego księcia, a wszystko to po to, by nie dopuścić egoistycznych posłów do władzy i nie zesłać w ten sposób plagi nieszczęść. Wybiera czterech chłopców. Wśród nich jest czternastoletni Sage, znany (i nielubiany) przez swój spryt, ostry język i cwaniactwo. Pomimo tego, że chłopiec od samego początku zna intencje Connera, postanawia ze wszystkich sił starać się o tytuł fałszywego księcia, aby rozpocząć swoją własną grę. Jednak konkurencja nie śpi – pozostali dążą do tego samego. Księciem zostanie nie ten, który najlepiej posługuje się liczbami i potrafi najszybciej czytać, lecz ten, który uwierzy w to, iż to on jest prawdziwym zaginionym synem króla.



Mój ojciec mówił, że człowiek może być wykształcony, a i tak głupi, a człowiek mądry wcale nie musi kończyć szkół.
(str. 52)


Akcja rusza od samego początku – dosłownie. Przedstawiony w niej Sage jak zawsze wpakował się w tarapaty, czym przysporzył pani Turbeldy mnóstwo kłopotów. Ale tak właśnie ten czternastoletni chłopiec radzi sobie z ponurą atmosferą sierocińca – musi coś przeskrobać. Tak więc akcja wciąga nas od pierwszej strony, a ukazany w śmiesznej (hm,
Źródło
powinnam powiedzieć tragicznej) sytuacji Sage doprowadził mnie do śmiechu. Gdyby większość powieści zaczynała się w tak świetny sposób, mogłabym przymknąć oko na wszystkie inne wady! Pierwsze wrażenie było jak najbardziej pozytywne, głównie dzięki pyskatej i sprytnej postaci głównego bohatera.

Kilka stron później poznajemy Connera, czyli autora całego cwanego planu. Z początku nie wiedziałam, co o nim myśleć. Miły? Władczy? Pewny siebie? Na pewno bogaty! Miałam wątpliwości, co do tego bohatera, lecz na szczęście zostały one rozwiane przez kolejne rozdziały. Na pewno Connera mogę przedstawić tak: inteligentny, lecz nie tak sprytny jak Sage.

Jak mówi opis, czterech chłopców stara się o miano fałszywego księcia. Wkraczają do zupełnie innego świata. Nie są już głodni ani brudni, a w domu Connera każdy z nich ma własnego służącego. Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o pozostałych chłopców walczących o tron, to… nie zaufałabym żadnemu z nich. Wszyscy mieli w sobie ziarnko dobra, lecz bardziej dawały się we znaki negatywne cechy tych postaci i ich niekiedy straszne myśli. Sage raczej taki nie był. Kierował się przede wszystkim sprytem, a nie rządzą władzy, co uchroniło go przed wieloma przykrymi zdarzeniami, ale także przysporzyło kolejnych kłopotów. Tak jak mówię – nie ufałabym żadnemu z nich. Pani Nielsen świetnie przedstawiła charaktery postaci i nie starała się żadnej na siłę idealizować. Chwała jej za to!



Styl autorki jest bardzo dobry. Uważam, że świetnie poradziła sobie, przedstawiając historię w pierwszej osobie. Doprawdy – nigdy wcześniej nie czytałam podobnej książki, w której narratorem pierwszoosobowym byłby sam główny bohater. Tymczasem wcielenie się w postać Sage’a wyszło pani Nielsen świetnie, lekko, zabawnie i przyjemnie. Podczas czytania nie natrafiłam na żadne trudne zwroty. Autorka równie pięknie wciągającymi, niezbyt długimi opisami ukazała średniowieczną rzeczywistość i życie sieroty w ogromnym, bezlitosnym świecie. Jak dla mnie było cudownie! Styl pani Nielsen i lekki język, którym się posługuje, dodały uroku Fałszywemu księciu.



- Czasy zawsze są trudne – odparłem. – Zmieniają się tylko przyczyny problemów.
(str. 384)


Skoro pierwsza część Trylogii władzy ma w sobie tyle plusów, dlaczego daję ocenę 7/10? Otóż… Czegoś mi brakowało. W niektórych książkach jest coś takiego, co porywa czytelnika, wkrada się do jego wrażliwej duszy i całkowicie obezwładnia. Tego haczyka nie
Źródło
było w Fałszywym księciu. Historia Sage’a wciąga i trzyma w napięciu do samego końca, ale po zakończeniu przygody z grupą chłopców pomyślałam tylko „Bardzo dobra. Daje 7/10. Teraz czytam kolejną”. Zwykle po przeczytaniu jakiejś książki muszę zrobić sobie dzień (ewentualnie dwa) przerwy, żeby powspominać niezwykłe chwile z bohaterami, czasami uronić kilka łez lub kartkować książkę, aby dojść do najlepszych momentów. W tym wypadku tak nie było. Fałszywy książę oczarował mnie postacią Sage’a, rozwojem zdarzeń i świetnym warsztatem pisarskim pani Nielsen, ale nie zostawił w mojej duszy żadnego śladu. Nie wiem, dlaczego. Po prostu przeżyłam wspaniałą przygodę z czterema różnymi od siebie chłopcami, a po zamknięciu książki każdy nich wstał się tylko wspomnieniem tego, co spotkałam w Fałszywym księciu. Nic więcej.
Oczywiście fakt, że pierwszy tom Trylogii władzy nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia, a jedynie stał się przyjemną lekturą pośród innych powieści, nie zniechęca mnie do kolejnej części. Z niecierpliwością czekam na drugi tom. Jestem ciekawa, jak pani Nielsen rozwinie akcje i co stanie na przeszkodzie bohaterom. 

7/10

Za możliwość poznania świata Sage'a serdecznie dziękuję Młodzieżowemu Klubowi Recenzenta