Videorecenzja #2 "Szukają Alaski" - John Green

A więc...

Tym razem videorecenzję udało nam się nakręcić już za drugim razem (a nie, jak w przypadku pierwszej, za szóstym). To był taki mały sukces na dzień dobry :) Zapraszamy do oglądania i komentowania. U Anath możecie głosować na kolejną książkę, którą zrecenzujemy w trzeciej odsłonie JANTH. Dziękujemy za wszystkie komentarze do naszej pierwszej videorecenzji! Dodały nam motywacji do kręcenia kolejnej :D

A teraz zmykam i zostawiam Was z filmikiem :)







102. "Pod skrzydłem anioła" Hanna Babińska

Tytuł: Pod skrzydłem anioła
Tytuł oryginalny: --
Autor: Hanna Babińska
Seria/cykl: --
Data premiery: 2013
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 140


Sara to zwykła nastolatka z dobrego domu. Ma dobre oceny, swoje przyjaciółki i świetne relacje z rodzicami. Jak każda nastolatka marzy o miłości i akceptacji. Jej marzenia zostają spełnione, kiedy poznaje Daniela. Ale zaraz po tym zaczynają dziać się dziwne rzeczy. W drodze do babci w autobusie ginie jej torebka. Pewien starszy pan wyciąga pomocną dłoń i zaprasza do siebie dziewczynę. Sara poznaje całą jego rodzinę – są to ludzie żyjący według określonych zasad. Z początku dobre relacje zamieniają się w strach, a strach przyciąga złe demony.
                                        
Pod skrzydłem anioła została mi polecona. Nieczęsto sięgam po powieści rodaków. Osiemdziesiąt pięć procent mojej biblioteczki to książki zagranicznych pisarzy. Mimo przyzwyczajenia do amerykańskiej, brytyjskiej, niemieckiej i szwedzkiej literatury kolejny raz pomyślałam „Czemu nie?” i skusiłam się na opowieść Sary. Mimo kilku pochwał Pod skrzydłem anioła okazała się najzwyklejszą stratą czasu.
Ta recenzja nie będzie długa, bo niespecjalnie jest co oceniać. Powiedzieć na dzieło Pani Babińskiej „książka” to za dużo. Pod skrzydłem anioła to raczej opowiadanie. Ale od początku: po rozpakowaniu paczki natychmiast ogarnęło mnie ogromne zdziwienie. Liczyłam na to, że Pod skrzydłem anioła będzie średniej grubości lekturą. Tymczasem okazało się, że to tylko krótkie opowiadanko liczące sobie jedynie sto czterdzieści stron. Okej, może być. Komu w drogę, temu trampki.
Początek był nawet ciekawy. Ot, zwykły (według bohaterki) urodzinowy dzień. Szesnaście lat na karku, piękna pogoda i przyjęcie w domu. Zapowiadało się całkiem przyjemnie, dopóki na drodze nie stanął obiekt westchnień i nie pojawiły się pierwsze „anielskie sprawy”. Wcześniej wspomniany Daniel to bardzo, bardzo kiepska kopia aroganckich przystojniaków z paranormalnych romansów, czy też raczej prekursorów tego typu chłopców z pierwszych, najstarszych PR. Sami wiecie, niesamowite spojrzenie, idealna sylwetka, wszędzie mięśnie, samotny, jego uśmiech jest cudowny i w dodatku jest przeznaczony dla niej! Oczywiście o wszystkich anielskich interesach Sara dowiaduje się z Internetu. Od tego momentu posypały się same minusy.
Im dalej w las, tym gorzej. W kilku słowach: schemat z domieszką idiotyzmu głównej bohaterki, ogromną papierowością i głupotą postaci drugoplanowych (kochanej młodzieży), wielkich „dramatów” oraz naciąganą akcją. Nic, ale to nic w tej książce nie było oryginalne, począwszy od pomysłu, poprzez akcję i styl autorki, aż do samego zakończenia, kiedy to heroizm Sary sięga granic, a wszystko kończy się wielki happy end. Sara to osoba, której najchętniej wydłubałabym oczy. Denerwowała mnie swoją nieprzeciętną głupotą. Pytam się Was: kto normalny uwierzyłby ludziom żyjącym w jakiejś wyjątkowo śmiesznej a jednocześnie groźnej sekcie i zostałby u nich na noc? Gdyby chociaż język i styl były w miarę dobre, to ocena Pod skrzydłem anioła może mogłaby ulec zmianie na lepsze. Ale oczywiście nie, bo nawet styl był zły. Cała książka to zlepek schematycznych zagadnień.  

Chciałabym napisać coś mądrego, sklecić porządną recenzję z konstruktywną krytyką, ale kiedy myślę o Pod skrzydłem anioła to ręce mi opadają. Ja osobiście nie polecam. Tylko się zawiedziecie. Jeśli macie ochotę, sięgnijcie i przekonajcie się sami. Może Wy znajdziecie w tej opowieści coś pozytywnego. 

2/10

Za możliwość przeczytania Pod skrzydłem anioła dziękuję Wydawnictwu Novae Res!





101. Przedpremierowo: "Morze spokoju" Katja Millay

Tytuł: Morze spokoju
Tytuł oryginału: The sea of tranquility
Autor: Katja Millay
Seria/cykl: --
Data premiery: 19 marca 2014
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 460



Nastya umarła ponad dwa lata temu. Umarła, chociaż ciągle żyje – nie, ona egzystuje. Jej życie to pasmo ciszy, cierpienia i bólu, naznaczone wspomnieniami sprzed wydarzenia, które całkowicie ją pogrzebało. Pomimo tego, że jest młoda, nie widzi dla siebie ratunku.
Josh, utalentowany nastolatek, także przeżył swoje. Jego bliskich zabrał czas, ciężarówka, choroba i nagły atak. Młody chłopak co wieczór zamyka się w garażu, aby oddać się temu, co pozwala mu żyć – swojemu talentowi odziedziczonemu po ojcu.
Nagle te dwa różne światy się spotkają. Połączy ich przyjaźń, a później miłość, lecz wcześniej będą musieli nauczyć się wielu rzeczy.

Każdy literacki gatunek ma swoich słabych i mocnych przedstawicieli, negatywne i pozytywne strony oraz ciągnącą się za nim dobrą bądź złą sławę. Literatura młodzieżowa od zawsze kojarzyła mi się z dużą ilością miłości, nieskomplikowanymi relacjami między bohaterami, najczęściej szablonową fabułą oraz brakiem jakiegoś szczególnego przywiązania do wielu książek. Jednak czasami do naszego książkowego życia wdzierają się powieści, które całkowicie zmieniają postrzeganie gatunku. Na wstępie powiem, że Morze spokoju wzbudziło we mnie ogromną ciekawość, ale byłam pewna, że nie zmieni mojego zdania o literaturze młodzieżowej (czy też Young Adult, mówiąc i idąc z duchem czasu). Nie wierzyłam również w to, że miałaby się jakkolwiek przyczynić do kolejnego załamania psychicznego mola książkowego. Okazuje się, że myliłam się, i to bardzo. Morze spokoju sprawiło, że mój czytelniczy świat zatrząsł się w posadach, został zniszczony, a później odbudowany. Ale może zacznę od początku.

Prolog był bardzo ciekawym wstępem do powieści, podsycił moje zainteresowanie książką i sprawił, że zaczęłam zastanawiać się nad słowami głównej bohaterki. Krótki, ale treściwy początek zmusił mnie do niezbyt szybkiego oceniania książki, czy raczej spisywania jej na straty.
W końcu historia rozpoczyna się na dobre w pierwszym rozdziale. Ot, zwykła szkoła, koniec wakacji, początek roku szkolnego tuż-tuż. Brzmi banalnie? Pewnie tak. Pięćdziesiąt procent powieści młodzieżowych jako miejsce akcji ma szkołę – miejsce bardzo dobrze znane młodym ludziom. W tym wypadku szkoła nie będzie tylko i wyłącznie zwykłym miejscem akcji, ale również kawałkiem świata głównych bohaterów, w którym wszystko się zaczęło, rozwinęło i było podstawą do pierwszych zmian. I Josh, i Nastya świetnie pasowali do szkolnej sielanki, chociaż – paradoksalnie – chcieli z niej uciec, a ich chęć trzymania się z daleka od rówieśników była ogromna.
Właśnie, Josh i Nastya… Powiem Wam, że bardzo polubiłam tych bohaterów (dobra,
Źródło
będę szczerza, pokochałam Josha). Najbardziej zaskoczyła mnie kreacja Nastyi. Nie spodziewałam się, że główna bohaterka może być dziewczyną tak bardzo onieśmielającą, wzbudzającą mieszane uczucia w rówieśnikach, z pazurkiem, a jednocześnie w relacji z Joshem stawać się kimś zupełnie innym. Lubiłam oba jej wcielenia, mimo iż zupełnie się od siebie różniły. Kochałam jej sprzeczki z Joshem, kibicowałam przy sprawach sercowych, podzielałam jej zdania w rozmowach z Drew i koniecznie chciałam się dowiedzieć, co zmieniło jej życie. Oczywiście na jej zachowanie wpływają wydarzenia z przeszłości, co dodatkowo potęguje powyższe uczucia. Z kolei Josh… On jest przykładem zagubionego w świecie chłopca. W dodatku jest osamotniony, zostawiony sam sobie i bojący się przyszłości. Jego strach przed kolejną stratą był bardzo prawdziwy, niekiedy nawet realny. Współczułam mu jego sytuacji, ale przez całą książkę w myślach dopingowałam. Ogólnie rzecz biorąc ci dwaj bohaterowie są na pozór zwykli, najnormalniejsi, a jednak bardzo dojrzali. Mieli w sobie tą iskierkę życia, która zamieniła się w ogień.
Pozostali bohaterowie nie są tak dobrze wykreowani. Mogłabym powiedzieć, że są nawet troszkę papierowi, szczególnie takie postaci jak mama Drew, mama Nastyi czy ciotka głównej bohaterki, które w książce pojawiają się raz na czas. Są szkolne zera, są przystojniacy, pojawiają się księżniczki i macho, są również ci prawdziwi przyjaciele odkryci dopiero później… Do Morza spokoju wdarło się trochę schematu. Nie nazwałabym tego tak, gdyby drugoplanowe postacie zostały lepiej wykreowane i zaznaczone w książce.
Pani Millay pisze bardzo lekko i przyjemnie. Z początku obawiałam się, że lektura Morza spokoju może mi zająć sporo czasu, ale kiedy już zaczęłam czytać, nie mogłam się oderwać. Bez dwóch zdań autorka potrafi wciągnąć. Język jest typowo młodzieżowy, a styl bardzo dobry jak na z pozoru lekkie dzieło. Tak, z pozoru.

Pewnie Wy również zastanawiacie się, co zniszczyło świat Nastyi. Ta sprawa interesowała mnie od samego początku, dokładnie od prologu. Na pocieszenie powiem Wam, że nieprędko się dowiecie, ale nie jęczcie. Autorka bardzo zgrabnie, delikatnie i w odpowiednich momentach dostarcza nowych informacji. Po kolei fragmenty układanki wskakują na swoje miejsca, aż w końcu mamy przed sobą cały obrazek cierpienia Nastyi. Podobnie jest w sytuacji Josha, tyle że u niego sprawa jest jasna (wiem, że to paskudnie brzmi, ale nie potrafię inaczej tego określić). W wypadku Nastyi koszmar ciągnie się cały czas, a skutki tragicznego wydarzenia będzie miała przed sobą do końca życia. Kiedy już poznałam historię Nastyi i miałam wgląd w jej osobisty koszmar, zaczęłam jej współczuć. Oprócz tego pojawiły się też myśli „A co by było, gdybym ja też tak miała? Gdyby mnie też dotknął taki rodzaj śmierci?”. Na podstawie jej historii poznałam różne rodzaje umierania: można umrzeć szybko, powoli, częściowo lub umierać całe życie i patrzeć na swoją śmierć non stop. Równie szybko zaczęłam doceniać to, co mam i to, co potrafię robić, te wszystkie moje talenty. Wam też to radzę, z resztą, jeśli sięgniecie po Morze spokoju to przekonacie się sami.
Sam koniec… o ludzie, przeczytałam go na jednym wdechu. Bałam się, że kiedy wypuszczę powietrze z płuc, to wszystko uleci, zniknie… Nie pamiętam kiedy ostatni raz pomyślałam „Mam gdzieś naukę, teraz nie mogę, bo czytam książkę!”. Takich powieści powinno być więcej – mądrych i wciągających.
Jedyną rzeczą, która naprawdę przeszkadzała mi w lekturze, to usilnie wciskanie przekleństw tam, gdzie nie powinno ich być. Miałam wrażenie, że autorka trochę przesadziła i na siłę chce być „młodzieżowa”. Myliła się. Zastąpienie ostrego przekleństwa nieco łagodniejszym „O cholera” brzmiałoby zupełnie inaczej i nie dodawałoby książce niesmaku. Można zignorować podwórkową łacinę, ale na dłuższą metę staje się to po prostu męczące i niesmaczne.

Nie mam pojęcia co mogę jeszcze powiedzieć o Morzu spokoju. Nie pozostaje nic innego, jak zachęcić Was do lektury. Sam koniec książki wycisnął ze mnie łzy. Dawno nie wzruszałam się na młodzieżówkach, więc łzy towarzyszące historii Nastyi i Josha były znakiem, że ta książka będzie ważna w moim życiu. Z tej lekcji wyniesiecie dużo wiedzy. Przede wszystkim doceńcie to, co macie. Za chwilę wszystko może obrócić się w pył, dlatego chwytajcie życie pełnymi garściami, abyście nie zostali później z pustką w dłoniach. Oprócz tego z lekcji Josha i Nastyi wyciągnęłam jeszcze jeden ważny wniosek – człowieka można zabić bardzo łatwo. Nie musi być to przerwanie akcji serca lub wykrwawienie się. Wystarczy odebrać mu powód do szczęścia, wtedy śmierć będzie kwestią czasu, bardzo bolesną z resztą. O samej książce mogę powiedzieć: piękna, mądra, wzruszająca, niszcząca ale i budująca, wciągająca i… kochana. Nie wiem czemu, ale akurat to słowo przychodzi mi do głowy. Ona była po prostu kochana i tyle. Wydawnictwo Jaguar sprowadziło w swoje progi prawdziwą perełkę. Naprawdę nie wiem, co jeszcze dodać, aby Was przekonać… W głowie mam tysiące pięknych myśli o Morzu spokoju, ale na świecie nie ma słów, które oddałyby moje emocje.

Morze spokoju opowiada o dwóch różnych, a jednocześnie podobnych do siebie światach. Są nimi garaż z dywanem z trocin, meblami i pewnym blatem oraz pokój pełen imion, z nietkniętą od lat baterią życia, zamienioną teraz w ciszę. Oba światy się spotykają i razem muszą nauczyć się kochać, wybaczać, akceptować i iść dalej, nie oglądając się do tyłu. Oba światy muszą przemówić. Ale kto wie…




9/10

Za możliwość poznania wzruszającej i pięknej historii Josha i Nastyi serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar!






A niezwykłą opowieść o cierpieniu i odwadze mogę wspominać przy dźwiękach Demons w wykonaiu Boyce Avenue w duecie z Jennel Garcią:










100. "Easylog" Mariusz Zielke

Tytuł: Easylog
Tytuł oryginału: --
Autor: Mariusz Zielke
Seria/cykl: --
Data premiery: 15 stycznia 2014
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 352

 Poznajcie nowy świat – świat zdominowany przez cudowne urządzenie jakim jest Wally. Wally to całe internetowe życie – gry, aplikacje, lustrzane odbicie właściciela w postaci ruchomego awatara, prawdziwa, elektroniczna inteligencja i przekleństwo Bena Stillera.
Chociaż nazywa się jak słynny komik, jego życie wcale nie jest zabawne. Sukces Wally’ego, którego sam stworzył, przypomina mu o całej przeszłości: o zaginięciu swojej ukochanej przed dziesięciu laty, o utracie posady w potężnym SkyComie, o utracie przyjaciela i o samej wizji potężnego Wally’ego, który miał być ułatwieniem w życiu, a nie jego władcą. W końcu demony przeszłości dają o sobie znać. Ben postanawia uciszyć je raz na zawsze.

Po ujrzeniu okładki i przeczytaniu opisu nie mogłam uwierzyć, że autorem tej książki może być Polak. Raczej nie zaczytuję się w lekturach rodaków, co nie zmienia to faktu, że po nie sięgam. Tym razem przeczytanie Easylog stało się dla mnie swego rodzaju obowiązkiem i wyzwaniem. Dzierżący władzę wśród elektronicznych urządzeń Wally i mroczna przeszłość jego twórcy? Jestem na tak!

Pierwszym zaskoczeniem było miejsce akcji i sam wstęp. Autor postanowił osadzić akcję w Ameryce Północnej (nie trudno się domyślić, że chodzi o USA), co, szczerze powiedziawszy, nie tylko zapulsowało w mojej ocenie, ale również dodało atrakcyjności na samym początku. Zupełnie nie wiem czemu, ale nie lubię polskich imion i miejscowości w książkach, zdecydowanie lepiej odbieram książkę, kiedy akcja toczy się poza granicami naszego kraju, a bohaterowie mają zagraniczne imiona. Luźny, lekki i przyjemny wstęp sprawił, że pierwszą moją myślą było „Naprawdę pisze to Polak?”. W swoim krótkim życiu zraziłam się do polskiej twórczości, więc nie spodziewałam się, że przyjemny styl, lekki, prosty język i dobry, luźny wstęp w wykonaniu rodaka zrobią na mnie takie wrażenie. Początek świetnie spełnił swoją rolę. Zaciekawiona przeszłam dalej.
Bohaterowie Easylog to dojrzali, niekiedy starsi ludzie. Sam Ben Stiller… wydawał mi się postacią bardzo impulsywną, działającą pod wpływem chwili i robiącą wszystko po
Źródło
swojemu. Nie zawsze wychodziło mu to na dobre. Czasami wydawał mi się trochę za słaby jak na zaistniałą sytuację. Pozostali bohaterowie mieli w sobie coś z klasycznego, amerykańskiego obrazka – oszałamiająca prawniczka, mistrz cichego zabijania (o dziwo mający sumienie), szef ogromnej korporacji z mroczną przeszłością, gangster and gangsterami, słodka, niewinna, ale groźna dziewczyna również z nieciekawą historią, dociekliwy dziennikarz, szukający okazji do reportażu oraz główny bohater, wmieszany we wszystkie te intrygi. Znacie to? Nie mówię, że działa to niekorzystnie na powieść – co to, to nie. Ta klasyczna, amerykańska „sielanka na wysokim poziomie” w wykonaniu Mariusza Zielke wypadła naprawdę ciekawie. Żałuję tylko tego, że Ben często zawodził mnie swoim zachowaniem. Jego ciągłe załamki i skłonności do histeryzowania nie pasowały do wszystkich tych postaci. Odznaczał się od pozostałych, ale nie w pozytywnym słowa znaczeniu.
Tak jak wspomniałam wcześniej, autor prowadzi czytelnika bardzo lekkim, przyjemnym stylem i prostym językiem. Jedyną rzeczą, która nie pasowała mi do tej książki, była narracja. Pierwsza osoba moim zdaniem w ogóle nie pasowała ani do historii, ani do samego Bena Stillera – wręcz potęgowała jego nagminne histeryzowanie i załamywania. Ponad to w moim odczuciu zatrzymywała interesującą, szybko gnającą do przodu akcję, która miałaby większe znaczenie i rolę, gdyby całość występowała w trzeciej osobie, a było jej tam naprawdę dużo.
Nie zapominajmy, że jest to thriller – ogólnie rzecz biorąc powieść sensacyjna. Oprócz akcji występują też zagadki, z którymi musi zmierzyć się Ben. Poszukiwanie prawdy nie jest łatwe, zwłaszcza wtedy, kiedy autor ciągle wodzi czytelnika i zapędza go w kozi róg. Może ujmę to tak: domyślałam się kto jest sprawcą wszystkich przykrości Bena, ale wiele razy traciłam wiarę w swoje przekonania. Ponad to koniec okazał się zaskakujący. O ile przewidziałam winnego, tak nie spodziewałam się czegoś takiego. W tym wypadku autor naprawdę mnie zaskoczył i należą mu się za to słowa uznania.

Easylog czyta się szybko, przyjemnie i z rosnącą ciekawością. Mariusz Zielke zrobił kawał dobrej, pełnej zwrotów akcji, kłamstw i rozrywki roboty. Przy Easylog trudno będzie się Wam nudzić. Liczne powiązania bohaterów z Polską nie pozwalają zapomnieć, że autorem tej dobrej lektury jest Polak. Czy polecam? Oczywiście! Pozwólcie dodać swojej biblioteczce trochę powera i sięgnijcie po Easylog. Mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu!

6/10

Za możliwość poznania pełnej akcji historii Bena Stillera dziękuję Wydawnictwu Akurat