Tym razem videorecenzję udało nam się nakręcić już za drugim razem (a nie, jak w przypadku pierwszej, za szóstym). To był taki mały sukces na dzień dobry :) Zapraszamy do oglądania i komentowania. U Anath możecie głosować na kolejną książkę, którą zrecenzujemy w trzeciej odsłonie JANTH. Dziękujemy za wszystkie komentarze do naszej pierwszej videorecenzji! Dodały nam motywacji do kręcenia kolejnej :D
Tytuł: Pod skrzydłem anioła Tytuł oryginalny: -- Autor: Hanna Babińska Seria/cykl: -- Data premiery: 2013 Wydawnictwo:Novae Res Liczba stron: 140
Sara to zwykła
nastolatka z dobrego domu. Ma dobre oceny, swoje przyjaciółki i świetne relacje
z rodzicami. Jak każda nastolatka marzy o miłości i akceptacji. Jej marzenia
zostają spełnione, kiedy poznaje Daniela. Ale zaraz po tym zaczynają dziać się
dziwne rzeczy. W drodze do babci w autobusie ginie jej torebka. Pewien starszy
pan wyciąga pomocną dłoń i zaprasza do siebie dziewczynę. Sara poznaje całą
jego rodzinę – są to ludzie żyjący według określonych zasad. Z początku dobre
relacje zamieniają się w strach, a strach przyciąga złe demony.
Pod
skrzydłem anioła została mi polecona. Nieczęsto sięgam
po powieści rodaków. Osiemdziesiąt pięć procent mojej biblioteczki to książki
zagranicznych pisarzy. Mimo przyzwyczajenia do amerykańskiej, brytyjskiej,
niemieckiej i szwedzkiej literatury kolejny raz pomyślałam „Czemu nie?” i
skusiłam się na opowieść Sary. Mimo kilku pochwał Pod skrzydłem anioła okazała się najzwyklejszą stratą czasu.
Ta
recenzja nie będzie długa, bo niespecjalnie jest co oceniać. Powiedzieć na
dzieło Pani Babińskiej „książka” to za dużo. Pod skrzydłem anioła to raczej opowiadanie. Ale od początku: po
rozpakowaniu paczki natychmiast ogarnęło mnie ogromne zdziwienie. Liczyłam na
to, że Pod skrzydłem anioła będzie
średniej grubości lekturą. Tymczasem okazało się, że to tylko krótkie
opowiadanko liczące sobie jedynie sto czterdzieści stron. Okej, może być. Komu
w drogę, temu trampki.
Początek
był nawet ciekawy. Ot, zwykły (według bohaterki) urodzinowy dzień. Szesnaście
lat na karku, piękna pogoda i przyjęcie w domu. Zapowiadało się całkiem
przyjemnie, dopóki na drodze nie stanął obiekt westchnień i nie pojawiły się
pierwsze „anielskie sprawy”. Wcześniej wspomniany Daniel to bardzo, bardzo
kiepska kopia aroganckich przystojniaków z paranormalnych romansów, czy też
raczej prekursorów tego typu chłopców z pierwszych, najstarszych PR. Sami
wiecie, niesamowite spojrzenie, idealna sylwetka, wszędzie mięśnie, samotny,
jego uśmiech jest cudowny i w dodatku jest przeznaczony dla niej! Oczywiście o
wszystkich anielskich interesach Sara dowiaduje się z Internetu. Od tego
momentu posypały się same minusy.
Im
dalej w las, tym gorzej. W kilku słowach: schemat z domieszką idiotyzmu głównej
bohaterki, ogromną papierowością i głupotą postaci drugoplanowych (kochanej
młodzieży), wielkich „dramatów” oraz naciąganą akcją. Nic, ale to nic w tej
książce nie było oryginalne, począwszy od pomysłu, poprzez akcję i styl autorki,
aż do samego zakończenia, kiedy to heroizm Sary sięga granic, a wszystko kończy
się wielki happy end. Sara to osoba, której najchętniej wydłubałabym oczy. Denerwowała
mnie swoją nieprzeciętną głupotą. Pytam się Was: kto normalny uwierzyłby
ludziom żyjącym w jakiejś wyjątkowo śmiesznej a jednocześnie groźnej sekcie i
zostałby u nich na noc? Gdyby chociaż język i styl były w miarę dobre, to ocena
Pod skrzydłem anioła może mogłaby
ulec zmianie na lepsze. Ale oczywiście nie, bo nawet styl był zły. Cała książka
to zlepek schematycznych zagadnień.
Chciałabym
napisać coś mądrego, sklecić porządną recenzję z konstruktywną krytyką, ale
kiedy myślę o Pod skrzydłem anioła to
ręce mi opadają. Ja osobiście nie polecam. Tylko się zawiedziecie. Jeśli macie
ochotę, sięgnijcie i przekonajcie się sami. Może Wy znajdziecie w tej opowieści
coś pozytywnego.
Tytuł: Morze spokoju Tytuł oryginału:The sea of tranquility Autor: Katja Millay Seria/cykl: -- Data premiery:19 marca 2014 Wydawnictwo:Jaguar Liczba stron: 460
Nastya
umarła ponad dwa lata temu. Umarła, chociaż ciągle żyje – nie, ona egzystuje.
Jej życie to pasmo ciszy, cierpienia i bólu, naznaczone wspomnieniami sprzed
wydarzenia, które całkowicie ją pogrzebało. Pomimo tego, że jest młoda, nie
widzi dla siebie ratunku.
Josh,
utalentowany nastolatek, także przeżył swoje. Jego bliskich zabrał czas,
ciężarówka, choroba i nagły atak. Młody chłopak co wieczór zamyka się w garażu,
aby oddać się temu, co pozwala mu żyć – swojemu talentowi odziedziczonemu po
ojcu.
Nagle
te dwa różne światy się spotkają. Połączy ich przyjaźń, a później miłość, lecz
wcześniej będą musieli nauczyć się wielu rzeczy.
Każdy
literacki gatunek ma swoich słabych i mocnych przedstawicieli, negatywne i
pozytywne strony oraz ciągnącą się za nim dobrą bądź złą sławę. Literatura
młodzieżowa od zawsze kojarzyła mi się z dużą ilością miłości,
nieskomplikowanymi relacjami między bohaterami, najczęściej szablonową fabułą
oraz brakiem jakiegoś szczególnego przywiązania do wielu książek. Jednak
czasami do naszego książkowego życia wdzierają się powieści, które całkowicie
zmieniają postrzeganie gatunku. Na wstępie powiem, że Morze spokoju wzbudziło we mnie ogromną ciekawość, ale byłam pewna,
że nie zmieni mojego zdania o literaturze młodzieżowej (czy też Young Adult,
mówiąc i idąc z duchem czasu). Nie wierzyłam również w to, że miałaby się
jakkolwiek przyczynić do kolejnego załamania psychicznego mola książkowego.
Okazuje się, że myliłam się, i to bardzo. Morze
spokoju sprawiło, że mój czytelniczy świat zatrząsł się w posadach, został
zniszczony, a później odbudowany. Ale może zacznę od początku.
Prolog
był bardzo ciekawym wstępem do powieści, podsycił moje zainteresowanie książką
i sprawił, że zaczęłam zastanawiać się nad słowami głównej bohaterki. Krótki,
ale treściwy początek zmusił mnie do niezbyt szybkiego oceniania książki, czy
raczej spisywania jej na straty.
W
końcu historia rozpoczyna się na dobre w pierwszym rozdziale. Ot, zwykła
szkoła, koniec wakacji, początek roku szkolnego tuż-tuż. Brzmi banalnie? Pewnie
tak. Pięćdziesiąt procent powieści młodzieżowych jako miejsce akcji ma szkołę –
miejsce bardzo dobrze znane młodym ludziom. W tym wypadku szkoła nie będzie
tylko i wyłącznie zwykłym miejscem akcji, ale również kawałkiem świata głównych
bohaterów, w którym wszystko się zaczęło, rozwinęło i było podstawą do
pierwszych zmian. I Josh, i Nastya świetnie pasowali do szkolnej sielanki,
chociaż – paradoksalnie – chcieli z niej uciec, a ich chęć trzymania się z
daleka od rówieśników była ogromna.
Właśnie,
Josh i Nastya… Powiem Wam, że bardzo polubiłam tych bohaterów (dobra,
będę
szczerza, pokochałam Josha). Najbardziej zaskoczyła mnie kreacja Nastyi. Nie
spodziewałam się, że główna bohaterka może być dziewczyną tak bardzo onieśmielającą,
wzbudzającą mieszane uczucia w rówieśnikach, z pazurkiem, a jednocześnie w
relacji z Joshem stawać się kimś zupełnie innym. Lubiłam oba jej wcielenia,
mimo iż zupełnie się od siebie różniły. Kochałam jej sprzeczki z Joshem, kibicowałam
przy sprawach sercowych, podzielałam jej zdania w rozmowach z Drew i koniecznie
chciałam się dowiedzieć, co zmieniło jej życie. Oczywiście na jej zachowanie
wpływają wydarzenia z przeszłości, co dodatkowo potęguje powyższe uczucia. Z
kolei Josh… On jest przykładem zagubionego w świecie chłopca. W dodatku jest
osamotniony, zostawiony sam sobie i bojący się przyszłości. Jego strach przed
kolejną stratą był bardzo prawdziwy, niekiedy nawet realny. Współczułam mu jego
sytuacji, ale przez całą książkę w myślach dopingowałam. Ogólnie rzecz biorąc
ci dwaj bohaterowie są na pozór zwykli, najnormalniejsi, a jednak bardzo
dojrzali. Mieli w sobie tą iskierkę życia, która zamieniła się w ogień.
Pozostali
bohaterowie nie są tak dobrze wykreowani. Mogłabym powiedzieć, że są nawet
troszkę papierowi, szczególnie takie postaci jak mama Drew, mama Nastyi czy
ciotka głównej bohaterki, które w książce pojawiają się raz na czas. Są szkolne
zera, są przystojniacy, pojawiają się księżniczki i macho, są również ci
prawdziwi przyjaciele odkryci dopiero później… Do Morza spokoju wdarło się trochę schematu. Nie nazwałabym tego tak,
gdyby drugoplanowe postacie zostały lepiej wykreowane i zaznaczone w książce.
Pani
Millay pisze bardzo lekko i przyjemnie. Z początku obawiałam się, że lektura Morza spokoju może mi zająć sporo czasu,
ale kiedy już zaczęłam czytać, nie mogłam się oderwać. Bez dwóch zdań autorka
potrafi wciągnąć. Język jest typowo młodzieżowy, a styl bardzo dobry jak na z
pozoru lekkie dzieło. Tak, z pozoru.
Pewnie
Wy również zastanawiacie się, co zniszczyło świat Nastyi. Ta sprawa
interesowała mnie od samego początku, dokładnie od prologu. Na pocieszenie
powiem Wam, że nieprędko się dowiecie, ale nie jęczcie. Autorka bardzo
zgrabnie, delikatnie i w odpowiednich momentach dostarcza nowych informacji. Po
kolei fragmenty układanki wskakują na swoje miejsca, aż w końcu mamy przed sobą
cały obrazek cierpienia Nastyi. Podobnie jest w sytuacji Josha, tyle że u niego
sprawa jest jasna (wiem, że to paskudnie brzmi, ale nie potrafię inaczej tego
określić). W wypadku Nastyi koszmar ciągnie się cały czas, a skutki tragicznego
wydarzenia będzie miała przed sobą do końca życia. Kiedy już poznałam historię
Nastyi i miałam wgląd w jej osobisty koszmar, zaczęłam jej współczuć. Oprócz
tego pojawiły się też myśli „A co by było, gdybym ja też tak miała? Gdyby mnie
też dotknął taki rodzaj śmierci?”. Na podstawie jej historii poznałam różne
rodzaje umierania: można umrzeć szybko, powoli, częściowo lub umierać całe
życie i patrzeć na swoją śmierć non stop. Równie szybko zaczęłam doceniać to,
co mam i to, co potrafię robić, te wszystkie moje talenty. Wam też to radzę, z
resztą, jeśli sięgniecie po Morze spokoju
to przekonacie się sami.
Sam
koniec… o ludzie, przeczytałam go na jednym wdechu. Bałam się, że kiedy
wypuszczę powietrze z płuc, to wszystko uleci, zniknie… Nie pamiętam kiedy
ostatni raz pomyślałam „Mam gdzieś naukę, teraz nie mogę, bo czytam książkę!”.
Takich powieści powinno być więcej – mądrych i wciągających.
Jedyną
rzeczą, która naprawdę przeszkadzała mi w lekturze, to usilnie wciskanie
przekleństw tam, gdzie nie powinno ich być. Miałam wrażenie, że autorka trochę
przesadziła i na siłę chce być „młodzieżowa”. Myliła się. Zastąpienie ostrego
przekleństwa nieco łagodniejszym „O cholera” brzmiałoby zupełnie inaczej i nie
dodawałoby książce niesmaku. Można zignorować podwórkową łacinę, ale na dłuższą
metę staje się to po prostu męczące i niesmaczne.
Nie
mam pojęcia co mogę jeszcze powiedzieć o Morzu
spokoju. Nie pozostaje nic innego, jak zachęcić Was do lektury. Sam koniec
książki wycisnął ze mnie łzy. Dawno nie wzruszałam się na młodzieżówkach, więc
łzy towarzyszące historii Nastyi i Josha były znakiem, że ta książka będzie
ważna w moim życiu. Z tej lekcji wyniesiecie dużo wiedzy. Przede wszystkim
doceńcie to, co macie. Za chwilę wszystko może obrócić się w pył, dlatego
chwytajcie życie pełnymi garściami, abyście nie zostali później z pustką w
dłoniach. Oprócz tego z lekcji Josha i Nastyi wyciągnęłam jeszcze jeden ważny
wniosek – człowieka można zabić bardzo łatwo. Nie musi być to przerwanie akcji
serca lub wykrwawienie się. Wystarczy odebrać mu powód do szczęścia, wtedy
śmierć będzie kwestią czasu, bardzo bolesną z resztą. O samej książce mogę
powiedzieć: piękna, mądra, wzruszająca, niszcząca ale i budująca, wciągająca i…
kochana. Nie wiem czemu, ale akurat to słowo przychodzi mi do głowy. Ona była
po prostu kochana i tyle. Wydawnictwo Jaguar sprowadziło w swoje progi prawdziwą
perełkę. Naprawdę nie wiem, co jeszcze dodać, aby Was przekonać… W głowie mam
tysiące pięknych myśli o Morzu spokoju,
ale na świecie nie ma słów, które oddałyby moje emocje.
Morze
spokoju opowiada o dwóch różnych, a jednocześnie podobnych
do siebie światach. Są nimi garaż z dywanem z trocin, meblami i pewnym blatem
oraz pokój pełen imion, z nietkniętą od lat baterią życia, zamienioną teraz w
ciszę. Oba światy się spotykają i razem muszą nauczyć się kochać, wybaczać,
akceptować i iść dalej, nie oglądając się do tyłu. Oba światy muszą przemówić. Ale kto wie…
9/10
Za możliwość poznania wzruszającej i pięknej historii Josha i Nastyi serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar!
A niezwykłą opowieść o cierpieniu i odwadze mogę wspominać przy dźwiękach Demons w wykonaiu Boyce Avenue w duecie z Jennel Garcią:
Tytuł: Easylog Tytuł oryginału: -- Autor: Mariusz Zielke Seria/cykl: -- Data premiery: 15 stycznia 2014 Wydawnictwo:Akurat Liczba stron: 352 Poznajcie nowy
świat – świat zdominowany przez cudowne urządzenie jakim jest Wally. Wally to
całe internetowe życie – gry, aplikacje, lustrzane odbicie właściciela w
postaci ruchomego awatara, prawdziwa, elektroniczna inteligencja i przekleństwo
Bena Stillera.
Chociaż
nazywa się jak słynny komik, jego życie wcale nie jest zabawne. Sukces Wally’ego,
którego sam stworzył, przypomina mu o całej przeszłości: o zaginięciu swojej
ukochanej przed dziesięciu laty, o utracie posady w potężnym SkyComie, o
utracie przyjaciela i o samej wizji potężnego Wally’ego, który miał być
ułatwieniem w życiu, a nie jego władcą. W końcu demony przeszłości dają o sobie
znać. Ben postanawia uciszyć je raz na zawsze.
Po
ujrzeniu okładki i przeczytaniu opisu nie mogłam uwierzyć, że autorem tej
książki może być Polak. Raczej nie zaczytuję się w lekturach rodaków, co nie
zmienia to faktu, że po nie sięgam. Tym razem przeczytanie Easylog stało się dla mnie swego rodzaju obowiązkiem i wyzwaniem.
Dzierżący władzę wśród elektronicznych urządzeń Wally i mroczna przeszłość jego
twórcy? Jestem na tak!
Pierwszym
zaskoczeniem było miejsce akcji i sam wstęp. Autor postanowił osadzić akcję w
Ameryce Północnej (nie trudno się domyślić, że chodzi o USA), co, szczerze
powiedziawszy, nie tylko zapulsowało w mojej ocenie, ale również dodało
atrakcyjności na samym początku. Zupełnie nie wiem czemu, ale nie lubię
polskich imion i miejscowości w książkach, zdecydowanie lepiej odbieram
książkę, kiedy akcja toczy się poza granicami naszego kraju, a bohaterowie mają
zagraniczne imiona. Luźny, lekki i przyjemny wstęp sprawił, że pierwszą moją
myślą było „Naprawdę pisze to Polak?”. W swoim krótkim życiu zraziłam się do
polskiej twórczości, więc nie spodziewałam się, że przyjemny styl, lekki,
prosty język i dobry, luźny wstęp w wykonaniu rodaka zrobią na mnie takie
wrażenie. Początek świetnie spełnił swoją rolę. Zaciekawiona przeszłam dalej.
Bohaterowie
Easylog to dojrzali, niekiedy starsi
ludzie. Sam Ben Stiller… wydawał mi się postacią bardzo impulsywną, działającą
pod wpływem chwili i robiącą wszystko po
swojemu. Nie zawsze wychodziło mu to
na dobre. Czasami wydawał mi się trochę za słaby jak na zaistniałą sytuację.
Pozostali bohaterowie mieli w sobie coś z klasycznego, amerykańskiego obrazka –
oszałamiająca prawniczka, mistrz cichego zabijania (o dziwo mający sumienie),
szef ogromnej korporacji z mroczną przeszłością, gangster and gangsterami,
słodka, niewinna, ale groźna dziewczyna również z nieciekawą historią,
dociekliwy dziennikarz, szukający okazji do reportażu oraz główny bohater,
wmieszany we wszystkie te intrygi. Znacie to? Nie mówię, że działa to
niekorzystnie na powieść – co to, to nie. Ta klasyczna, amerykańska „sielanka
na wysokim poziomie” w wykonaniu Mariusza Zielke wypadła naprawdę ciekawie.
Żałuję tylko tego, że Ben często zawodził mnie swoim zachowaniem. Jego ciągłe
załamki i skłonności do histeryzowania nie pasowały do wszystkich tych postaci.
Odznaczał się od pozostałych, ale nie w pozytywnym słowa znaczeniu.
Tak
jak wspomniałam wcześniej, autor prowadzi czytelnika bardzo lekkim, przyjemnym
stylem i prostym językiem. Jedyną rzeczą, która nie pasowała mi do tej książki,
była narracja. Pierwsza osoba moim zdaniem w ogóle nie pasowała ani do
historii, ani do samego Bena Stillera – wręcz potęgowała jego nagminne histeryzowanie
i załamywania. Ponad to w moim odczuciu zatrzymywała interesującą, szybko
gnającą do przodu akcję, która miałaby większe znaczenie i rolę, gdyby całość występowała
w trzeciej osobie, a było jej tam naprawdę dużo.
Nie
zapominajmy, że jest to thriller – ogólnie rzecz biorąc powieść sensacyjna.
Oprócz akcji występują też zagadki, z którymi musi zmierzyć się Ben.
Poszukiwanie prawdy nie jest łatwe, zwłaszcza wtedy, kiedy autor ciągle wodzi
czytelnika i zapędza go w kozi róg. Może ujmę to tak: domyślałam się kto jest
sprawcą wszystkich przykrości Bena, ale wiele razy traciłam wiarę w swoje
przekonania. Ponad to koniec okazał się zaskakujący. O ile przewidziałam
winnego, tak nie spodziewałam się czegoś takiego. W tym wypadku autor naprawdę
mnie zaskoczył i należą mu się za to słowa uznania.
Easylog
czyta
się szybko, przyjemnie i z rosnącą ciekawością. Mariusz Zielke zrobił kawał
dobrej, pełnej zwrotów akcji, kłamstw i rozrywki roboty. Przy Easylog trudno będzie się Wam nudzić. Liczne
powiązania bohaterów z Polską nie pozwalają zapomnieć, że autorem tej dobrej
lektury jest Polak. Czy polecam? Oczywiście! Pozwólcie dodać swojej
biblioteczce trochę powera i sięgnijcie po Easylog.
Mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu!
6/10
Za możliwość poznania pełnej akcji historii Bena Stillera dziękuję Wydawnictwu Akurat
Wszystkie recenzje są mojego autorstwa. Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych).