046. "Ostatnia spowiedź" - Nina Reichter

Tytuł: Ostatnia spowiedź (tom I)
Tytuł oryginału: Letzte Beichte
Autor: Nina Reichter
Data premiery: 15 listopada 2012r.
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 380



Dziewiętnastoletni rockman – Bradin Rothfeld – to obiekt westchnień europejskich nastolatek. Fanki kochają go za niemal dziewczęcą urodę i cudowny, niebiański głos. Kiedy Bradin wraca z trasy koncertowej, spóźnia się na przesiadkę i w ten oto sposób zostaje całą noc na lotnisku. Wie, że czas spędzony w tym miejscu będzie najnudniejszym w jego życiu. Sytuacja zmienia się, gdy spotyka Ally – Amerykankę, która mieszka we Francji. W towarzystwie tej uroczej dziewczyny noc szybko się kończy, samolot już czeka, a Bradin zmuszony jest wsiąść do niego i odlecieć do rodzinnego domu. Mimo tego, że po tym spotkaniu Ally z pewnością go zapomni, Brade robi wszystko, aby odnaleźć dziewczynę. Nie wie jednak, że Al Jest uwikłana w dziwny związek, w którym nie jest w ogóle szczęśliwa.


Ostatnia spowiedź. Z czym może kojarzyć się nam ten tytuł? Przyznam, że jest interesujący i ma w sobie nutkę tajemnicy. W ogóle spowiedź to jedna wielka tajemnica, a do tego ta ostatnia… Czytając, że jest to bestseller i hit Internetu, bałam się, że mogę natrafić na kolejną banalną i dobrze rozreklamowaną historyjkę młodej pisarki. Ileż to powieści zostało okrzykniętych mianem bestsellerów? Sięgając po tę książkę (głównie dlatego, że bliskie mi osoby wciskały mi ją do rąk) byłam obiektywnie nastawiona. Chciałam, aby opinie czytelników nie wpłynęły na moją. Tak więc… spędziłam z Ostatnią spowiedzią prawie tydzień. Poznałam przedstawionego w opisie Bradina, Ally, cały zespół… Co mogę powiedzieć?


Wooooooooow!

NASZ jeden dzień będzie trwał zawsze, dopóki ono bije dla ciebie.


Pierwszy rozdział pisany z perspektywy Ally zrobił na mnie spore wrażenie swoją delikatnością i wysokim poziomem. Już na samym początku ze słów głównej bohaterki można było wyciągnąć jakieś mądrości. Nie wiem dlaczego, ale początek urzekł mnie i oczarował swoją prostotą oraz elegancją. Rany, nie mogę znaleźć słów, które opisałyby moje odczucia! Było po prostu piękne i ze smakiem – tak, to dobre określenie! Prosto, pięknie i ze smakiem, idealne wejście.

Źródło
Tak jak mówię; zaczęło się pięknie, aczkolwiek niepozronie – lekko, przyjemnie, barwnie… nic nie wskazywało na to, że ta oto książka zawładnie moim sercem i da wiele do myślenia. Dopiero po kilku następnych rozdziałach stwierdziłam, że ten bajkowy początek był wejściem do ogromnej jaskini obaw, lęków i demonów głównych bohaterów.

Przede wszystkim pierwszą rzeczą, która najbardziej rzuciła mi się w oczy, to opisy (chodzi tu o opisy myśli). Często, gdy jest ich za dużo, czytelnik nudzi się i nie może doczekać się jakichkolwiek dialogów bądź większej akcji. W przypadku Ostatniej spowiedzi było zupełnie inaczej. Refleksje Ally same w sobie były interesujące i chciałam poznać jak najwięcej jej zdania odnośnie błahych, jak i tych poważnych spraw. Najbardziej spodobał mi się jej stosunek do chemicznego związku zaaranżowanego przez jej własną matkę. To samo tyczy się wgłębiania się w myśli Bradina – chłopca doświadczonego przez życie i dojrzałego jak na swoje dziewiętnaście lat. Za mistrzowskie opisy daję potężnego plusa, bo tak naprawdę właśnie w nich odnalazłam mnóstwo mądrości.
Spokój to pewność, że pochwycisz moją rękę, gdy wyciągnę ją do ciebie. 

Jeśli chodzi o kreację bohaterów, nie mam żadnych zastrzeżeń. Pani Reichter poradziła sobie z nimi znakomicie. Każdy ma inne wady oraz zalety, nic się nie powiela, dzięki czemu jest bardzo kolorowo i oryginalnie. Spośród wszystkich postaci najbardziej pokochałam Bradina, Toma, Roberta oraz Ally, których charaktery zostały perfekcyjnie dopracowane. To samo tyczy się też bohatera drugoplanowego – Sebastiana. Nie uwierzycie, ale polubiłam też Christopha (chłopaka Ally), który mimo tego, że był cholernym gburem, chamem i ostatnią osobą, z którą chciałabym mieć do czynienia, urzekł mnie swoją naturalnością oraz szczerością. O Bradinie mogę mówić w nieskończoność! Takiego chłopaka jak on chciałaby mieć z pewnością każda przedstawicielka płci pięknej. Nie chodzi mi o jego idealny wygląd (co, swoją drogą, dodaje uroku tej fantastycznej postaci), lecz o zachowanie względem zespołu, rodziny i, najważniejsze – Ally. Kogoś tak czułego, cierpliwego oraz bezgranicznie oddanego chciałabym spotkać na swojej drodze życia. Niekiedy miałam ochotę rozszarpać Ally, gdy opierała się Bradinowi. W postaci Brade’a tkwi cała magia Ostatniej spowiedzi (ech, mam
kolejny ideał faceta!). A co z Ally? Al to osóbka urocza, twardo stąpająca po ziemi i nie pozwalająca sobie na żadne uczuciowe gierki. Mimo iż często byłam wściekła na jej zachowanie, muszę przyznać, że myśli bardzo trzeźwo i rozsądnie. Na początku bardzo ją polubiłam; chyba za to, że była roześmiana, otwarta i wesoła. W połowie książki zaczęła mnie denerwować wprawioną przez nią samą huśtawką emocjonalną oraz niezdecydowaniem. Dopiero pod koniec znów powróciła do moich czytelniczych łask i stała się ulubioną (choć będącą pod ścisłym nadzorem) bohaterką. To tyle jeśli chodzi o dwie najważniejsze postaci. Myślę, że opisywanie Toma – brata Bradina – mogę sobie odpuścić, gdyż powiem o nim jedno zdanie: jest on zadziorniejszą i pewniejszą siebie wersją Brade’a. Z kolei przy Robercie i Antonie śmiałam się do łez.

Styl pani Reichter to czysta magia. Nie znalazłam w nim nic, co utrudniałoby mi czytanie. Do tej pory dziwię się, jak można pisać tak lekko i przyjemnie. Do tego prosty język i – ta dam! Mamy barwne opisy oraz inteligentne dialogi, które nie pozostawiają nic do życzenia.

Ważny jest również serwowany przez autorkę humor, który bardzo pozytywnie wpływa na całą powieść. Były momenty, w których śmiałam się do łez (głównie dzięki ekipie Bitter Grace).  

Muszę jeszcze zwrócić uwagę na tytuły rozdziałów i teksty piosenek wybieranych przez panią Reichter. To naprawdę cudowne, że oprócz chwytającej za serce treści pani Reichter potrafi nadać rozdziałom piękne tytuły, idealnie pasujące do treści, a wszystko dopełnić cudownym soundtrackiem, oddającym klimat powieści. Szczególnie zapadł mi w pamięci tekst jednej piosenki – Lost w wykonaniu Erlenda Bratlanda.
Nie pokazałeś mi gwiazd, Brade… tylko wiarę 

Nie wiem, co mogę jeszcze dodać. Chyba niewiele. Wciąż przed zamkniętymi oczami
widzę ostatnie sceny Ostatniej spowiedzi, czuję smak łez i to uczucie całkowitego załamania. Tom pierwszy przygody Ally i Bradina to coś więcej niż zwykła książka z kilkoma złotymi myślami – o nie! Z Ostatniej spowiedzi możecie wyciągnąć mnóstwo morałów, jest inteligentna i zwraca uwagę na ważne życiowe kwestie. Dla romantyków jest najlepszym wyborem, zaś dla tych rzadko sięgających po tego typu powieści – rewelacyjną okazją do przekonania się o sile dwojga ludzi szukających szczęścia w postaci tego pięknego uczucia.

Nie jest to jakaś tam opowieść o zakochaniu – Ostatnia spowiedź to piękna, cholernie wzruszająca, porywająca i wciągająca historia o prawdziwej miłości, oddaniu, zaufaniu i podejmowaniu właściwych decyzji. Każdy, kto chce poznać definicję miłości powinien przeczytać Ostatnią spowiedź. Uwierzcie mi na słowo – pani Reichter zdefiniowała ją najlepiej.

P.S. Uwielbiam płakać nad książkami. Wiem wtedy, że było warto po nią sięgać i że wrócę do niej wkrótce. Ta oto pozwoliła mi wylać morze łez, a na dodatek pozostawić w mojej czytelniczej duszy ogromny ślad – ślad prawdziwej miłości.


Bo gdy mówi serce, muzyka milknie a słowa bledną

 
9/10
+ "The best of all"
  

045. "Odmieniec" - Philippa Gregory

Tytuł: Odmieniec (Zakon Ciemności, tom I)
Tytuł oryginału: Changeling
Autor: Philippa Gregory
Data premiery: 8 maja 2013r.
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 288



Od jakiegoś czasu wokół powieści pani Philippy Gregory Odmieniec zrobił się mały szum. Na portalach internetowych można przeczytać mnóstwo pozytywnych, jak i negatywnych opinii, a także spotykać się z tuzinem reklam zachęcających czytelników do sięgnięcia po kolejną powieść autorki Kochanic króla. Ponieważ zdania na temat Odmieńca są bardzo podzielone, postanowiłam przekonać się sama. Jak wypadło spotkanie z młodzieżową powieścią pani Gregory? Hm, podsumuję to w tej recenzji, zwracając uwagę na wszystkie plusy, minusy, słabe i mocne strony historii Izoldy.


Myślę, że większość z Was zna opis, ale dla tych, którzy nie pamiętają lub nie słyszeli o Odmieńcu przedstawię go w kilku zdaniach: siedemnastoletnia Izolda zostaje zamknięta w klasztorze jako nowa ksieni, wypełniając tym samym wolę jej zmarłego ojca. Pomimo tego, że pragnie dalej mieszkać w rodzinnym zamku Lucretili, jej brat nie zgadza się na taki układ. Izolda musi przenieść się do klasztoru i zostać ksienią, czy tego chce, czy nie. Wkrótce po jej przybyciu do klasztoru siostry zakonne zaczynają dziwnie się zachowywać. Budzą się ze stygmatami na dłoniach i stopach, lunatykują oraz krzyczą przez sen, a Izolda nie potrafi odnaleźć się w nowym otoczeniu i zaradzić sytuacji.
Luca Vero to przystojny młodzieniec, nazywany przez wielu odmieńcem tylko dlatego, że bardzo szybko nauczył się czytać, pisać i liczyć, a do tego jest niezwykle piękny. Właśnie zaczyna swoją podróż jako inkwizytor. Jego zadaniem jest przeprowadzenie przesłuchania
Źródło
wśród zakonnic opactwa, którego ksienią jest Izolda, i uwolnienie go od złych mocy. Okazuje się jednak, że sprawa jest znacznie gorsza i oprócz złych mocy Luca i Izolda będą musieli stawić czoła gorszym rzeczom.



Przyznam szczerze, że miałam nadzieję, iż ta książka nie okaże się wcale taka zła. Podeszłam do niej pozytywnie nastawiona. Przede wszystkim spodobał mi się opis; średniowiecze, zakony, zamki… Kiedy tylko otrzymałam egzemplarz Odmieńca, czym prędzej wzięłam się do czytania. Niestety, ta powieść pani Gregory nie zachwyciła mnie tak, jak oczekiwałam.
Pierwszym minusem Odmieńca jest kreacja bohaterów. Od Izoldy oczekiwałam… czego oczekiwałam? Na pewno pokory, kultury i skromności, a było zupełnie inaczej. W momencie, w którym przyjmowała wyrok na całe życie, przed oczami widziałam prawdziwą damę ze średniowiecza, lecz jej zachowanie w opactwie było takie… nieprzemyślane i dziwne. Od tamtej chwili nie pałałam sympatią do tej bohaterki. Raz była delikatną panienką, a za chwilę stawała się tajemniczą kobietą o ciętym języku. Nie podobało mi się to. Jej kreację (a raczej odbiór jej zachowania) dodatkowo psuła obecność Iszrak, czyli przyjaciółki Izoldy. Myślę, że gdyby pani Gregory poświęciła trochę więcej stron na całą historię, a tym samym w bohaterów tchnęła ciut więcej życia, Iszrak i Izolda byłyby ciekawymi postaciami: pani Lurcetili jako dama nauczona przez ojca miłości do poddanych, a Mauretanka jako wolna kobieta o wielkim sercu. Niestety tak nie było. Przygoda Luki i Izoldy trwa zaledwie 288 stron, jest dużo akcji, jeszcze więcej sekretów i wydaje mi się, że pani Gregory za bardzo skupiła się na wydarzeniach, co odbiło się na kreacji bohaterów.
Duże nadzieje wiązałam także z Lucą, tajemniczym odmieńcem o ogromnej wiedzy i urodzie. Pomimo tego, że na samym początku wydał mi się typowym przedstawicielem płci męskiej z paranormalnych romansów, to chciałam, aby zawrócił mi w głowie… jednak tak się nie stało. Momentami wydawał mi się rozhisteryzowanym nastolatkiem z wielkim ciężarem w postaci odpowiedzialności na barkach. Philippa Gregory chyba chciała stworzyć młodzieńca, który miał podbijać dziewczęce serca – nie udało się.
Wśród szarych postaci znalazł się jeden pozytywny bohater. Jest nim Freize – chłopiec kuchenny towarzyszący Luce w podróży po świecie. Normalnie pokochałam go! Był zabawny, błyskotliwy i z wyraźnym charakterem. Postać Freize’a uważam za świetną, a zarazem najlepszą w całej powieści pani Gregory.


A ja będę cię karmił i poił, bo jesteś Bożym stworzeniem, nawet jeśli należysz do Upadłych, a wątpię, żebyś sam o tym postanowił.
(str. 219)



Kolejna rzecz, która wpływa niekorzystnie na ocenę Odmieńca, to rola Izoldy w powieści. Liczyłam na to, że Izolda będzie główną bohaterką – w końcu to ona zostaje ksienią
Źródło
opactwa i razem z Lucą ma wygnać wszelkie zło z klasztoru. Czytając bardzo się dziwiłam, bo najwięcej zdarzeń było opisywanych z punktu widzenia Luki. Izoldy było tam niewiele, właściwie… kilka scen z jej prespektywy. Uważam to za największy minus Odmieńca i bardzo się zawiodłam.
Trzecim minusem powieści pani Gregory jest tytułowa odmienność. Luca jest nazwany odmieńcem z powodów wyżej przeze mnie wymienionych, lecz autorka nie skupiła się na tym, aby przedstawić je wyraźniej. Ot, tak chłopak w młodym wieku nauczył się czytać, pisać, liczyć, jest synem ludzi w podeszłym wieku i niewiadomo po kim odziedziczył oszałamiającą urodę. Inność chłopca jest na drugim miejscu i gdyby pani Gregory nie napisała, że przez wiele osób uważana jest za dziwną oraz podejrzaną, nie zwróciłabym na nią uwagi. Myślałam też, iż odmienność Luki będzie wiodła prym w powieści Philippy. Cóż, znów się zawiodłam.
Ostatnim (nareszcie) minusem Odmieńca są niezbyt rozbudowane opisy. Nie mamy wglądu w dusze bohaterów, ich głębsze przemyślenia, lęki, obawy… W opisach autorka przedstawia głównie otoczenie i akcje. Nie czepiam się tych dwóch rzeczy – były świetnie napisane, czytało się bardzo lekko i przyjemnie – lecz brakowało mi bezpośredniego kontaktu z daną postacią.



Nikt nie słucha mało znaczących ludzi
(str. 265)


Po tych wszystkich minusach i pretensjach trzeba przejść do plusów. Czy były? Owszem – kilka ważnych się znalazło. Pierwszym jest wymieniona wcześniej postać Freize’a, która umiliła mi czas spędzony przy Odmieńcu. Kolejny plus znacząco wpłynął na ocenę dzieła pani Gregory, a jest nim druga połowa książki. Uważam, że była o niebo lepsza od pierwszej, której akcja działa się w opactwie. Bohaterowie podróżują, trafiają do małej wioski, gdzie spotykają ludzi uzbrojonych w widły. Okazuje się bowiem, że pochwycili wilkołaka. W tym momencie zrobiło się ciekawiej, bohaterowie zbliżyli się do siebie i stali się zgraną drużyną, co bardzo mi się spodobało. Poprawiła się relacja Luki z Izoldą, a sprzeczki Iszrak i Freize’a często wywoływały u mnie śmiech. Nie zrażajcie się nudnym początkiem – za połową czeka na Was mnóstwo świetnych przeżyć!
Źródło
Trzecim plusem jest bardzo lekki i przyjemny styl pani Gregory oraz prosty język, który nie sprawia żadnych problemów. W dodatku czyta się błyskawicznie dzięki dużym literom i odpowiednim odstępom między linijkami.
Spójrzmy prawdzie w oczy – okładka jest piękna. Kolory świetnie się ze sobą komponują! Ja osobiście uważam, że jest o niebo lepsza od oryginału, ponieważ nie ukazuje postaci w całej krasie, co pozwala nam na wyobrażenie ich sobie według własnego upodobania. Jednocześnie ma w sobie nutkę tajemnicy.



Tylko ja mogę wydać wyrok i rozkaz egzekucji.
(str. 252)


Podsumowując:
Są minusy, ale są też plusy. Co mogę jeszcze dodać? Chyba tyle, że nie wierzcie mi na słowo. Musicie sami zdecydować, czy Odmieniec stanie się waszym numerem 1 na liście najlepszych książek, czy okaże się niewartą uwagi pozycją. W swoim krótkim życiu przeczytałam trochę książek i z każdą kolejną powieścią poprzeczkę „cudowności” podnoszę trochę wyżej. W tym wypadku Odmieńcowi brakło niewiele do stania się moją ulubioną książką. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Gregory, lecz na pewno nie ostatnie. Czy sięgnę po drugą część Zakonu ciemności? Tak. Jestem ciekawa, co autorka przygotuje dla czytelników w kolejnym tomie i czy poprawi niektóre wady Odmieńca. Nie zrażajcie się kolejną negatywną recenzją. Po prostu przeczytajcie. A nuż zakochacie się w przygodzie Izoldy.

6/10

Za możliwość poznania średniowiecznego świata spod pióra pani Philippy Gregory dziękuję Młodzieżowemu Klubowi Recenzenta

  

044. "W ofierze Molochowi" - Åsa Larsson

Tytuł: W ofierze Molochowi
Tytuł oryginału: Till offer åt Molok
Autor: Åsa Larsson
Data premiery: 24 stycznia 2013
Liczba stron: 400



Kiruna to małe miasteczko na północy Szwecji, zwykle ciche i spokojne. Tam każdy zna każdego. Cudowną aurę tego zaśnieżonego miejsca burzy pewna tragedia – starsza kobieta zostaje brutalnie zamordowana w swoim domu, a jej wnuk ucieka przed zabójcą i ukrywa się w lesie. Rebeka Martinsson już zaczyna zbierać dowody, kiedy okazuje się, że jej wróg prokurator Carl von Post przekonał ich przełożonego, aby to on poprowadził śledztwo. W ten oto sposób Rebeka zostaje odsunięta od całej sprawy. Nie rezygnuje ze śledztwa i potajemnie zdobywa informacje o tajemniczej śmierci ojca zamordowanej i strasznym, śmiertelnym wypadku jej syna. Czy klątwa wisząca nad tą rodziną dotknie także siedmioletniego wnuka starszej kobiety, Marcusa?



Miłość jest jak pętla. Początkowo luźna. Później zaś im dalej on odchodzi, tym mocniej zaciskający się wokół szyi powróz czuje ona.
(str. 139)



Ostatnimi czasy coraz więcej osób sięga (i zachwala) po szwedzkie kryminały. W czym tkwi cała magia powieści tego gatunku, wychodzących spod pióra szwedzkich pisarzy? Musiałam się tego dowiedzieć sama. Kiedy nadarzyła się okazja, sięgnęłam po dzieło dość popularnej w Polsce pisarki specjalizującej się w kryminałach, a mowa oczywiście o pani Larsson. W ofierze Molochowi to piąta część cyklu o Rebece Martinsson.
Tak jak wspomniałam wcześniej, spokój malutkiej Kiruny na północy Szwecji burzy wieść o morderstwie kobiety z niezbyt pozytywną opinią wśród ludzi. Śmierć o tyle dziwna, że na ciele starszej pani widnieją tajemnicze ślady nakłuć. Natychmiast rusza śledztwo, pod domem kobiety czekają dziennikarze, zaś w prokuraturze dochodzi do kłótni. Rebeka jest wściekła, że przełożony odsunął ją od tej sprawy, ponieważ znała zamordowaną.
Źródło
Początek bardzo mnie zaciekawił. Opisywane w nim zastrzelenie niebezpiecznego niedźwiedzia miało w sobie nutkę grozy i przede wszystkim tajemnicy, która rozwinie się na dalszych kartach historii śmierci Sol Britt Uusitalo. W dodatku przyjemny styl pani Larsson i prosty język sprawił, że chętniej podeszłam do lektury. Autorka nie rusza z akcją od pierwszych stron, lecz najpierw powoli i stopniowo przedstawia nam bohaterów: Rebekę, Kristera, Annę Marię…
O, właśnie! Bohaterowie – chyba najlepsza część powieści pani Larsson. Rebeka zyskała moją sympatię już po pierwszych wzmiankach o niej (ze względu na to, że kochała psy), chociaż czasami denerwowała mnie swoją małomównością i nieumiejętnością okazywania większych uczuć. Pomimo tego polubiłam pannę Martinsson za to, że była twardą, odważną kobietą, potrafiącą odeprzeć słowne ataki von Posta. Sam Carl von Post to wcielenie typowego podłego, „tego niedobrego”, próżnego i wywyższającego się prokuratora chcącego zaistnieć w mediach i prasie poprzez prowadzenie śledztwa poważnego i głośnego morderstwa. W tejże powieści odczuwałam, że pełnił swego rodzaju rolę czarnego charakteru.
Anna Maria Mella została przedstawiona jako zapracowana mamusia, która nie potrafi zapanować nad domowym chaosem. Dzieci, mąż, czepiająca się wszystkiego rodzina, wścibska teściowa, a do tego praca… Anna Maria to postać, której nie da się nie polubić. Z kolei Krister Eriksson urzekł mnie pod każdym względem. Podziwiałam go przede wszystkim za uczucie, jakim obdarzył pozostawionego na pastwę losu Marcusa (alias Dzikiego Psa) i umiejętność zapewnienia mu bezpieczeństwa. Marcus już w zupełności skradł moje serce! Taki mały dzieciak, a potrafi tak zauroczyć…
Widać, że pani Larsson włożyła dużo pracy w kreację bohaterów. Polubiłam ich, ponieważ są bardzo naturalni, chociaż lekko szablonowi (przynajmniej jeśli chodzi o Rebekę i prokuratora von Posta). Autorka zrezygnowała z idealizowania ich i chwała jej za to! Dzięki temu czułam, że czytam powieść, której bohaterami są zwykli ludzie, a nie cudowne maszyny bez wad.



Co mogę powiedzieć o Kirunie? Hm… Dużo. Na pewno ta mała mieścina dodała twórczości pani Larsson specyficznego klimatu. Chyba właśnie to chciała uzyskać autorka; tragiczna śmierć starszej kobiety w niewielkiej miejscowości, w której dominują mroczne lasy i lodowate jeziora, a wszystko to pod pierzyną październikowego śniegu. Groźnie, prawda? Tak więc miejsce akcji, a co za tym idzie – klimat, dostają ode mnie porządnego plusa.



Któż bowiem kocha doskonałość? Nie, miłość chce się troszczyć, a troska wymaga ludzkich wad, potrzebuje zranień i kruchości. Miłość chce leczyć. Doskonałość nie wymaga leczenia. Doskonałość nie może być kochana, a jedynie wielbiona.
(str. 141)



Na uwagę zasługuje również delikatny wątek miłosny. Ta słodka relacja między Rebeką a Kristerem dodała powieści barw. Oprócz kolejnego, dobrego, szwedzkiego kryminału mamy też niewielki romansik. Dla tych, którzy chcą odpocząć od miłosnych wyznań nie będzie to stanowiło żadnego problemu, ponieważ uczucie tych dwóch bohaterów jest lekko przedstawione, ledwie zarysowane.
Źródło
Pani Larsson przedstawia nam jeszcze drugi wątek. Opowiada on o przybyciu nauczycielki Eliny Petersson do dopiero co założonej Kiruny, która zaczyna funkcjonować jak na miasteczko przystało. Nauczycielka zakochuje się w założycielu Kiruny, Hjalmarze Lundbohmie (jest to postać prawdziwa, lecz cały ten wątek fikcyjny) i od tego momentu skazana jest na miłosne wzloty i upadki, co w rzeczywistości prowadzi do strasznej tragedii. Wtedy również pani Larsson wyjaśnia nam kiedy zaczął się spór o wielki majątek potomka Hjalmara Lundbohma. Historia nauczycielki i dysponenta sama w sobie jest ciekawa, ale na dłuższą metę… niepotrzebna. Równie dobrze pani Larsson mogła z niej zrezygnować i rozbudować zagadkę śmierci Sol Britt. Straciła kilkadziesiąt stron na coś, co i tak nie wpłynęło tak bardzo na śledztwo i losy bohaterów.
Drugim minusem W ofierze Molochowi jest za szybkie rozwiązanie śledztwa. Ani się obejrzałam, a bohaterowie już doszli do punktu kulminacyjnego zagadki. Miałam nadzieję, że szukanie sprawcy i odgadywanie jego motywów potrwa trochę dłużej… Niemniej jednak ostatnie strony trzymają w napięciu, zaś morderca to osoba, której w ogóle nie podejrzewałam o zabójstwo Sol Britt.
O dziwo nie zraziły mnie przekleństwa. Uważam wręcz, że dodawały smaczku wielu wypowiedziom i wpływały na lepszy odbiór treści przez czytelnika. Drugą ich pozytywną cechą jest przekazywanie emocji bohaterów, jak wściekłość lub zrezygnowanie.  
Nie ukrywam, że kilka razy w czasie czytania W ofierze Molochowi pojawiły mi się świeczki w oczach i przelałam kilka łez…


Nasze marzenia senne to nie przesłanie od przodków lub bogów, tylko skrywane, zakazane życzenia.
(str. 141)


Źródło
Podsumowując:
Na pewno nie zapomnę przygody z Rebeką, Kristerem, Dzikim Psem i Anną Marią (oraz pozostałymi członkami tejże ekipy). Miała kilka minusów, lecz pod wieloma względami była bardzo dobra. Wciąga i nie pozwala wyjść ze swojego świata. Pani Larsson zwraca uwagę na wierność, miłość, odwzajemnianie uczuć, bezpieczeństwo, strach, gniew i dążenie do celów (co w tym wypadku miało tragiczne skutki). Historia Marcusa i Sol Britt bardzo mi się spodobała, a twórczość pani Larsson przypadła mi do gustu. Z pewnością sięgnę po jej kolejne powieści.
Znalazłam również odpowiedź na pytanie: W czym tkwi cała magia powieści tego gatunku, wychodzących spod pióra szwedzkich pisarzy? A no właśnie w Szwecji! Cała magia tkwi w Szwecji! Największą rolę w całej „cudowności” szwedzkich kryminałów odgrywa specyficzny klimat półwyspu skandynawskiego, długie, mroźne, ciemne zimy, krótkie i słoneczne lata… O, rany. Chyba zakochałam się w szwedzkich kryminałach…

7/10

Za możliwość przeżycia tak wspaniałej przygody w Kirunie dziękuję Wydawnictwu Literackiemu